Witaj na Zapipidopustkowiu!

Wiecie przecież, że nie da się.

-----

Od jakiegoś czasu cieszę się małymi, tycimi chwilami. I gdy zdaję sobie sprawę, że teraz właśnie oto w tym momencie je przeżywam, to wszystkie tik-taki przestają na chwilę tykać. Wiem, że to znacie.

Zatem:

1. Spójrz w lustro. Wiem, że czasem boli, bo zmarszczki, siwe włosy, pryszcze. Bywa, że cierpienie przy spoglądaniu na własny wizerunek to stan permanentny. Ale nie o tym... Popatrz, tak wyglądasz teraz i być może już niedługo, a pewnie już nigdy. Ten kolor włosów, cięcie, makijaż. To zadrapanie na policzku, ukruszona trójka, podkrążone oczy. Będzie tylko głębiej, obwiślej. Nie dołuj się jednak, bo liczy się dziś, a dziś nie jest jutrem, nie jest później.

Ja patrzę na K. i widzę, że się zmienia. Że dziewięciu miesięcy piętnastu dni nie będzie miała już nigdy.
Na początku było ciężko, ciągły nie-wiadomo-czego-chce płacz, ale już wtedy zdałam sobie sprawę, że nie chcę pilota jak z tego amerykańskiego filmu (z Adamem Sandlerem i moim kochanym Cameronem Monaghanem), tylko przeżyć z K. każdy dzień jej maleńkiego życia, od początku do końca. Bez znieczulenia.

Czymże chwila w porównaniu do wieczności?
2. Powąchaj. Tyle emocji gubimy, ignorując zapachy! Czym pachną Twoje ręce? Nowym mydłem, pietruszką, kremem do pupy? Wwąchaj się w zapach miasta lub wsi o poranku. Wdychaj powietrze nad wodą albo po deszczu. Dbaj o własny zapach. Kupuj kawę w ziarenkach i miel. Gotując, wąchaj, przed jedzeniem też. Facetów i niemowlęta (jak zboczeniec jakiś).

3. Pamiętnik. Głupie, dla nastolatek? Nie przejmuj się, to tylko dla Ciebie (albo i dla połowy świata, jeśli masz zamiar publikować na blogasku). Gdy zapiszesz ważne sprawy, głębiej je przeanalizujesz, mocniej się zastanowisz, a w efekcie będziesz bardziej pewny swych decyzji.

//Pewny czy pewna? A może "pewne", używając dyplomatycznie formy nijakiej do mojej proporcjonalnej męsko-żeńskiej publiki?

Do zapisków możesz wrócić po miesiącu, roku, latach. Żeby wiedzieć, że choćbyś jak się nie starał, to "po ptakach" dzień chwytać możesz jedynie za papier.

4. Pojedź.

Np. do Cieszyna.

Wiem, że w podróży czas mija szybciej. Ale jest tak fajnie, razem, że cieszysz się tym, inaczej niż codziennością. Wystarczy tylko na chwilę zmienić otoczenie, spojrzeć na sprawy z dystansu, zwolnić przede wszystkim i porzucić obowiązki, żeby dostrzec, co masz, co osiągnąłeś.

Nie mów, że nie masz kasy ani czasu. Przecież możesz mieć.

5. Wyciągnij baterie z zegarka. Serio. Wyłącz telefon, usuń z pola widzenia wszystkie zegary. Ciekawe, jak często z przyzwyczajenia będziesz zerkać w ich kierunku? Ostatnio wszystko robię na czas: K. je o określonych porach, ja w zasadzie też, 5 minut sprzątania, 30 minut pisania... I tak naszym światem rządzą liczby, o tych na banknotach nie wspominając.

Dzień bez zegarów, raz na jakiś czas, luzuje. Na przykład teraz. Nie spinałabym się, że zaraz muszę iść spać, bo o 6 rano pobudka. Siedziałabym do pół-nocy i oglądała seriale, a niewyspaniem martwiłabym się rano, a może i byłoby warto.

-----

Sprawdzone na mnie. Opanowuję trudną sztukę łapania tego, co ulotne i zachowywania w danym momencie pełnej uwagi.

-----

A Wy, macie sprawdzone sposoby na zawieszenie się w czasie?

Kilka dni temu zdumiałam się. Do monitora robiąc bananowy uśmiech, powtarzałam: o jaaaa....

-----

Odkryłam geocaching (wym. geokeszing). Nie sądźcie jednak, że jestem sto lat za...

//Jak sparafrazować to powiedzenie, by nie wyjść na rasistkę? Nie jestem. Śniło mi się, że mam czarnoskóre dziecko i czułam się z tym bardzo naturalnie. Może dlatego, że to było moje dziecko?

Słyszałam to hasło wiele razy. Nie zagłębiałam się, bo myślałam, że ma związek z beaconami. (Upraszczając, to takie małe eee nadajniki, które eee łączą się z różnymi urządzeniami).

Natknęłam się na artykuł blogowy, w którym autor opisywał zwiedzanie Cieszyna. Pisał, że lubi odkrywać miejsca w niekonwencjonalny sposób, bla bla bla. A pod spodem komentarze: polecam geocaching., Geocaching!, Tylko geocaching. OK.

Odwiedziłam stronę, odpaliłam filmik i...

WOWWOWWOW

Gdy facet powiedział, że na całym świecie ukryte są skrzynki z różnymi przedmiotami, nie mogłam uwierzyć. To prawda. W Polsce jest ponad 70 tysięcy, a gdy wpisałam w prostą, intuicyjną wyszukiwarkę (taką, jak na moim blogasku, by the way) "Dukla", ukazała się liczba siedemdziesiąt i siedem.

fot. geocaching.com

Każda skrytka ukazuje nam lokalizację, którą chciał podzielić się jej założyciel. Szukanie pozwala doświadczyć miejsca, przyjrzeć się detalom: tablicom pamiątkowym, wyłomom w murze, dziurom w drodze. Nic ciekawego? Świat wręcz wystawia się do takiego dziecięcego odkrywania, które gubimy w procesie przystosowywania się do dorosłości.
Skrytki występują w różnych typach (normalne, quiz, multitask i inne), rozmiarach (od okrągłego pudełeczka po kliszy fotograficznej do kosza rozmiarów skrzynki pocztowej). Każda zawiera logbook do wpisywania się, może również rzeczy na wymianę. Autor określa stopień trudności znalezienia i przeszkód terenowych, które należy pokonać.

Witaj, przygodo!

Pojechaliśmy w bliskie okolice. Deszcz siąpi, ustępując na niedługie minuty miejsca słońcu, a my szukamy, zwiedzamy.
5 kilometrów od nas, nigdy nie byliśmy. Wstyd.

Na murku siedzi wiewiórka, taki spokój tu ma. Pierwsza wiewiórka K. Babramy się w mokrej ściółce. Zmieniamy miejsce szukania, bo GPS prowadzi jednak kilka metrów dalej. Zrezygnowana stoję na poletku przerośniętym trawą.

 - Ej, to może być w worku, takim na śmieci?
 - Nie wiem.

//Boję się zaglądnąć do środka, bo wiecie, różne rzeczy dzisiaj znajduje się w czarnych workach. M. kopnął przez przypadek, to i otworzył.

Za tę fotę należą mi się baty.
Jest! W środku karteczka do wpisania się, ołówek i pierdułki. Zostawiam magnes, zabieram ośmiornicę.

Odkładamy skrytkę na miejsce, pamiętając, że jesteśmy tu in cognito.

-----

Wciągnęło nas. A ja wreszcie mogę uczynić zadość harcerskim aspiracjom.

Czy wśród Was są keszerzy? A może kogoś zachęciłam?
Polecę lajfstajlem.

-----

Znacie to uczucie, które występuje przeważnie wiosną? Trzeba się odrodzić, przepoczwarzyć, zerwać ze stagnacją, COŚ ZMIENIĆ.

Poszłam na warkoczyki.

Siedziałam 6 godzin, podobno nie tak długo, na wygodnym fotelu. Nawet obita kość ogonowa nie dała o sobie znać. Dziewczyny doplątały do moich włosów sztuczne, made in China, pasma, twarde i szorstkie. Końcówki przypalały zapalniczką, by się skleiły.

Prawda, że nierealne?
//Do dziś każde zapalanie palnika w kuchence gazowej przypomina mi tamtą sytuację.

Dowiedziałam się, że:
1. posiedzenie może być o wiele dłuższe, rekordowe trwało 13 godzin,
2. rozplatanie trwa tyle samo, co zaplatanie (ciekawe, przy którym więcej frajdy),
3. dziewczyny zwykle pod koniec błagają: zróbcie mi z pozostałych włosów jednego warkocza, ja już nie dam rady!,
4. warkoczyki chętnie robią sobie mamuśki i panie po 40-stce,
5. z tego są certyfikaty,
6. włosy sztuczne można sobie dopleść we wszystkich kolorach tęczy, nawet papuzie

A do kilku dni po, jak swędziało! Miałam ochotę uciąć te warkoczyki wszystkie na raz. Dobrze, że tego nie zrobiłam i posłusznie posmarowałam głowę maścią z witaminą A. Już swędzi mini-minimalnie (14 dni po) i nie ciągnie wcale. Nie muszę się czesać (czy kiedykolwiek lubiłam to robić) ani udawać, że zwinięty na szybko kok wygląda dobrze. Ten wygląda. A K. ma do zabawy "robaki".

Lubię takie metamorfozy. Polecam - bo każdemu do twarzy.

The end.

-----

Jak widać, nie umiem w ten gatunek.



Na Zapipidopustkowiu nieuprawianie ojcowizny przez mężczyznę urodzonego w latach 60. spotyka się z pogardą. „Bogaty, wszystko sobie kupić może!” „Tradycję po dziadach niszczy!” „Oszołom, bujak, bezbożnik!” Laf nie chciał się narażać, więc uprawiał. Sadził ziemniaki wczesną wiosną, kopał przy pomocy Gagi, Olafa i sąsiadów wczesną jesienią. Na jego grzędach rosły marchwie, pietruszki, dynie i słoneczniki, których ziarna były wciągającą przegryzką przy sierpniowych kieliszkowych spotkaniach. Laf jeździł trójkołowcem z rozlatującą się drewnianą przyczepą – spadkiem po ojcu rolniku, zawsze we flanelowej koszuli i materiałowych spodniach w kolorze ecru. Tylko Laf wiedział, że są ecru.

Na traktor ubierał rzeczy po nim, niektóre zdążyły się poniszczyć. Spośród zestawów, które skomponował z garderoby ojca, do używalności nadawał się jeszcze ślubny garnitur, kilka par podkoszulków oraz ciepłe kalesony. Dużo było tych orań i wykopków. W tym roku zaczął więc wsiadać w pojazd w garniturze, a stare baby pukały się po czołach, gdy Laf mijał je wąską asfaltową dróżką.

Przeważnie pracował sam. Przynosiło ten sam efekt, co buddyjskim mnichom, gdy grabkami dzielili ziemię na równoległe rządki. Bez sensu, ale uspokajało duszę. Lafa uspokajać trzeba było zawsze, był Skorpionem, nieustannie bijącym się z myślami. Kobieca część jego natury analizowała: czy dobrze zrobiłem? Gdy powiedziała te słowa, co miała na myśli? Czy łososiowy naprawdę pasuje do miętowego, czy też pomysły na trendy już się skończyły i „światowe stylistki” pragną coś nam wmówić? Laf miał wyczucie stylu, lubował się w programach modowych puszczanych „z dekodera”. Kiedyś nie było tylu kanałów, co teraz. Kiedyś każdy uprawiał ziemię z oczywistością. Kiedyś nie było nieheteronormatywnych. Kiedyś były normy.

Na Zapipidopustkowiu jeszcze nie puszczały. Nastolatków tak. Nie chodzili na religię, odmawiali przyjęcia bierzmowania, farbowali włosy na różowo, a starzy mówili: kiedyś było inaczej, ale cóż, takie czasy. Lafa odpust się nie tyczył, choć marynarska koszula i garnitur na traktor były największymi z jego publicznych występków na wiosce. Ludzie wciąż pukali się w czoło, gdy mijał ich kolumbryną, wystrojony na galowo. Gdy rodzica już nie ma, pojawiają się setki relikwii.

-----

//Przyśnił mi się, nie wygonię go.
05.04.
Nieprzewidziane godziny snu matki, dlatego kładę się teraz, o 19:36. Pewnie nie usnę, więc robię to, co zwykle. Chciałabym mieć taki telefon, jak Japonce. Oni mogą sobie na smartfonach z klawiaturą QWERTY (czy to jeszcze smartfony?) pisać powieści, a mnie po wyklepaniu paluszkiem tych zdań już ręka boli. Nadgarstek. U nich to cała dyscyplina, powieści kciukowe. Japoński wymaga pisania z dystansem, suchego, prostego. My na szczęście możemy tworzyć zawiłości. Coś mi to tworzenie nie idzie ostatnio zmuszam się. Mam zwolnić, pisać mimo wszystko czy wykonać taniec weny? Ostatnie mi pasuje, poruszam nogami w łóżku. Mam nadzieję, przez sen.


08.04.
Skąd brać tą igiełkę, która kłuje mnie w duszę niczym widelec, zmuszając do przelewania słów na... eee... monitor? Taka prawda, papier się dla mnie kończy. Szkoda, że już nie potrafię siąść wieczorem z długopisem w ręku i gryzmolić. Mam 20 zeszytów, skarb na strychu, dokumentujących życie codzienne w latach 2000 - 2014. Dzień bez pamiętnika straconym.

Jak to jest, że faceci robią 100000000% więcej hałasu niż kobiety? Oni nigdy nie będą ninja. M. podpowiada: facet, gdy stara się być cicho, robi więcej hałasu, niż jakby się nie starał. Aha, jeden pies.

Staram się łapać chwile, te maciupkie, najdrobniejsze. Myślę nad kolejnym zdaniem, podpieram dłońmi brodę. Super pachną, fajne to nowe mydło. Uśmiech. Chyba w końcu łapię, o co w tym chodzi. Słońce mi pomaga.

Jutro urodziny, o których mam nadzieję już nigdy nie zapomnieć.

Czytam o Murakamim, choć jego samego nie czytałam nigdy. Uważa, że najlepsze w literaturze bierze się ze zdrowego ciała i ducha, nie z alkoholowych zrywów i strzykawkowych dopingów. Codziennie zażywam witaminę C, ruchu mi nie brakuje, ale... Zmęczenie też robi swoje. Blokuje szare komórki. Czy ja jeszcze je mam?

K. mi wyssała
 15.04.2016

Dalej o Murakamim. Kiedyś jedna książka dziennie - dziś na tydzień lub dwa. Life happens. Głupiutka komedia z poważnym dnem, oglądałam wczoraj. Beje.

I tak sobie myślę: człowiek wraca do korzeni. Mając lat tyle, ile na palcach obydwu rąk u osoby nieposzkodowanej, siedziałam przy biurku do po-północy. Przy świetle lampki gryzmoliłam (ocena za zeszyt: 4 Brzydki charakter pisma!) kolejne strony super-hiper-mega-opowiadania fantasy. Koty mówiące "ludzkim głosem", oberwania chmur, z których wyłaniały się statki kosmiczne, sraty pierdaty. Grafomaniłam i myślałam sobie: siedzieć przy tym biurku i pisać, pisać, pisać, to byłaby praca idealna! Dziś biurko służy za podstawę ogromnemu akwarium, a z kartek i długopisu korzystam, gdy zapisuję listę zakupów. Ale historia dalej się tworzy, śni się, przychodzi. W pierwotnym, nieokrzesanym, nieokreślonym kształcie, jest zajebista. A gdy już zaśmiecę ją zlepkami czasowników w formie biernej, powtórzeniami "powiedziała" i "odrzekła", banalnym dialogiem, powszednieje. Nosz k., znam zasady. Tylko jak je stosować? Wychodzi mi tak, jak prawo jazdy.

Co z tym Murakamim? Z zawodu tłumacz, przekład traktuje jako wprawkę techniczną do autorskiej "pisaniny". Zazdroszczę, a nie lubię zazdrościć, myśl "też tak chcę", przeważnie natychmiast wprowadzając w życie. Ale... "Ale" też już nie uznaję. Help!

Zdjęcie ma związek tylko z kwietniem
 22.04.2016

"Mam mętlik w mojej małej głowie". Nie uczuciowy. Wszystko mi się miesza, latam po labiryncie własnej chałupy z pieluchą w jednej, a K. w drugiej ręce, przekładam wszystko, wracam po to, odsuwam zaległe maile na potem, które nigdy nie następuje. Jednego dnia, to wszystko, żeby poukładać.

Wiecie co? Właśnie te maile napisałam, także to chyba nie jest takie trudne. Po prostu muszę ponarzekać.

Co ja jeszcze miałam zrobić w wolnej chwili? Poszukać na necie, jak się robi kok z warkoczem (choć w moim wypadku ze 149-cioma warkoczykami, splecionymi w jeden). Mam.
Cholera, co to jest ten wypełniacz? Na pewno nie mam czegoś takiego. O, widzę, że w Rossmanie można kupić. E, pewnie będzie prowizorka.
Dobra, check.

Co jeszcze? (Otwieram piwo bananowe). Ogarnąć chałupę. Właściwie chyba nic innego ostatnio nie robię, tylko ogarniam wszystko, a za chwilę bajzel. To jutro, dziś już nie mam jak.

Dobra, lecę odzyskać gdzieś szare komórki. Może Morfeusz mi zabrał i czeka, aż się po nie zgłoszę.


02.03.

Demolka. Trzeba zburzyć stare, żeby powstało nowe - czy jakoś tak. Zmiany.

//Mniej enigmatycznie. Popraw się, bitch!

Śnieżyczki ciągle w pąkach, co rano przysypywane śniegiem. Huhuha, zima zła, popołudniu ucieka. Na rzecz plusowych temperatur. Słychać już "wio, kurwa, wio" i przeraźliwy koci pisk. Kotka zamknięta, wystawia się na parapecie boiska niczym pani zachęcająca do skorzystania z usług klubu w dzielnicy czerwonych latarni. Tyle że do boiska nikt kocura nie wpuści. Wieje.

06.03.

Wieje. Pierwsze promienie słońca ładują witaminą D. Leżymy w kojcu, K. ślini się na mnie. Najpiękniejszy krajobraz świata.

Spacerujemy, obserwujemy dzieci wracające ze szkoły, kilkuletnie. "Madzia, chyba Cię powaliło!". Też tak mówiłam w takim wieku, ale postanawiam sobie, że K. będzie grzeczna, kulturalna, taktowna. To odruch. Dobrze wiem, że wolę, by była stanowcza, spontaniczna, miała własne zdanie, więc i tę granicę grzeczności w poszukiwaniu balansu przekroczy. Już teraz wpuściłabym ją w tornado, byleby miała frajdę (btw. wiecie, że Frajda to żydowskie imię?). To porównanie do życia pełnią, nie samodestrukcji.

Frajda K. Podoba mi się. W tym zdaniu miałam się do czegoś przyczepić, ale nie, naprawdę mi się podoba.

15.03.

Bloody hell, głodna jestem. Idę coś zjeść.

[20 minut]

Oho, K. wstaje. Nara!

[3 godziny]

3cia godzina niedźwiedź łapie, hehe. Racja, chodzę po domu i podśpiewuję "a kiedy dzień nadchodzi, dzień nadchodzi", ale mózgu mi jeszcze nie zlasowało. Staram się traktować K. poważnie i tłumaczyć jej różnice między największymi religiami monoteistycznymi, żebym nie zgłupiała do reszty. Na polu towarzyskim lekka bida, wszystko przez remonty.

//Wiedzieliście, że w piosence "Idziemy na jagody" jest fragment:

"Pójdziem na jagódki ,wysmarujem bródki
do kosza połowę a resztę na głowę
trochę sobie zjemy, się wysmarujemy
zatańczymy, nowy taniec jagodowy."


Na, srsly, głowę? Potem dziecko przyjdzie z włosami w jagodach. Wiem, bo odgrywałam scenki z "Kajtka bez majtek". Byłam Wojtkiem.

Zima, może będą w końcu białe święta?
Spowszedniało mi.

21.03.

Trzeci dzień tkwię w marazmie, staram się wygrzebać. W przerwie od pisania piszę tu - tam o tym, skąd się wziął język. Wiecie, że język plemienia Bantu, zamieszkującego Górę Kilimandżaro, miał 14 czasów i około 20 odmian rzeczownika? Whatever, polski język jest tak piękny, że nie zamieniłabym go na żaden inny. To mi przypomina, że czas na kolejne "Zapipido o słowie".

To kolejny argument, który skutecznie chroni mnie przed emigracją. Nie cykl postów, język. Czymże jestem bez języka? Wiecie, nie chodzi o patriotyzm, gdybym umiała pisać po angielsku tak, jak po polsku, już klepałabym w klawiaturę bez "ł" i "ó". Uważam, że by pisać pięknie, trzeba w języku się wychować, żyć, chłonąć. Poza tym (pytanie do filologów, proszę o szczerą odpowiedź), czy angielski daje możliwość takich słownych manewrów? Thought so.

Zaklepałam bilety. I "o ile nie rozdziobią nas kruki i gile", "mamy spore szanse" lecieć w maju na południe. Oczywiście, że się boję. Swojego strachu tylko, bo K. będzie zachwycona.

29.03

Czymże jest chrzest, kościół? Kimże ksiądz? Te pytania powracają do mnie okolicznościowo. Jak człowiek śmiał Boga zamknąć, zaszufladkować, przypisać mu słowa i cele?

Czuję Boga, naprawdę. Ale czy czuję naprawdę? Bo ten, co się wysadza, też czuje, tego samego. Czy każdy spośród tych brodatych tysięcy to obłąkany? Na pewno sprany. I mój Bóg jest lepszy, bo namawia mnie do doceniania życia, a ich gorszy, bo chce to życie niszczyć? Jak mogę wywyższać mojego Boga nad jego? Koegzystować i trzymać kciuki, żeby nie mnie pierdolnęło. Bez sensu.

Za tydzień będę wyglądać inaczej, bardziej pogodnie.
Z tyłu głowy kontr-myśli: "wysadzane lotniska" a "nie spełniaj życzeń terrorystów".


-----

A co w Twoim marcu?

Swoją.

-----

Lubię rozmowy z ludźmi inteligentnymi. Takimi, co widzieli, zrobili wiele. Znają języki, jedli gąsienice na surowo, zjeździli autostopem Stany Zjednoczone. Pracują w korporacji, robią doktorat lub kreują się tylko na "ą", "ę". Czuję braterstwo dusz z tymi, którzy obudzili się w porę, kierują się intuicją; wierzą, że na naukę nigdy nie jest za późno i utrzymują kontakt najważniejszy na świecie - z samym sobą.

Do czasu.

Rozmowa klei się niczym słowa tego postu, wiadomo, obyci jesteśmy, wykształceni, z nietypowymi zainteresowaniami. "Uczyłam się japońskiego" mówię, "przez trzy lata". Tutaj przeważnie występuje "ooo", notowania idą w górę. "Ale przestałam, bo stwierdziłam, że japoński nigdy mi się do niczego nie przyda. Nie mam czasu na naukę języka, a raczej wolę go przeznaczyć na coś innego. Chciałabym nauczyć się angielskiego perfekcyjnie, bo to po angielsku prawie wszędzie się dogadam". Krępująca cisza. Bo wiecie, rozmówca wie już, że w ciemię nie jestem bita, więc jak może mi wytknąć: ale jak to?! Odmawiasz sobie czasu na tak niespotykany język, zwłaszcza, gdy coś już umiesz? Jak się już zaczęło... Nie chce ci się po prostu! Poza tym japoński jest piękny, to zaszczyt go używać, języki trzeba chronić przed wyginięciem!

Teoretycznie się zgadzam. Teoria nigdy nie sprawdziła się w moim życiu.


Mam kolegę radykała. W kwestii poglądów piątkę mógłby sobie z nim przybić teoretyk nazizmu. Teoretyk, bo mocny tylko w gębie. A gdy ktoś nie podziela jego zdania, zacietrzewia się. Nawet, gdy chodzi o kwestie obiektywne, typu: czy dany bank wypuścił aplikację na Windows Phone'a, czy też nie,


Bank bank = new Bank;

if (windowsApp = false)
{
        bank.sendMessage = "Shame on you, not minding all of your customers!";
}


broni do krwi kropli ostatniej swojej wiedzy na ten temat. Wow. Z większością jego poglądów się nie zgadzam, ale zazdroszczę mu, że tak pewien jest wszystkiego, w co wierzy. I w rozmowie z tzw. człowiekiem wykształconym mówię "Lubię skrajne osobowości. Gdy ktoś ma kontrowersyjne zdanie i postanawia go bronić w wielogodzinnej dyskusji". Oho, nie wiadomo, co powiedzieć. Można by: ej, głupia,

//kolega by się nie pieprzył, tylko wykrzyknął "To jest po***ane!"

gdybyśmy wszyscy stanęli na samym końcu którejś z szal, albo panowałaby rozpusta i anarchia, albo totalitarny reżim. Edukować głupców trzeba, kampanii wspierających równość trzeba, trzeba chronić demokrację przed idiotami. Racja, ale za poglądy człowieka nie znielubię, tylko za czyny.

W podobnych sytuacjach czuję się dziwnie. Bo ja wiem, że ktoś myśli, że jednak wcale nie jestem taka mądra. I wiem, co ktoś mógłby mi powiedzieć, jakich racjonalnych argumentów użyć, jakich teorii...

Tyle że wiecie, jak u mnie z teorią. Do przodu wciąż wyrywa głupie serce.

Podobnie, gdy powiem, że nie interesuję się polityką, lubię prymitywny humor i ten post, wbrew zasadom nowoczesnego blogowania, wcale nie musi mieć fotki. Najwyżej będzie mniej klikany.

Dobra, dam cartę blancę, bo nie będzie miniaturki na głównej


Taka moja ignorancja, koniec przepraszania.
Pojechałam do Iqaluit z Google: przewoźnikiem Maps i przewodnikiem Search. Być może ten post bardziej nadawałby się do dawno nieaktualizowanej Kolekcji Kamieni, ale co tam.

-----

Do czytania włączcie sobie:


a może poczujecie klimat.


Mówię, że żyję na Zapipido. Czyste powietrze tnie u nas płuca, ale 15 minut (bądź godzinę, to zależy, patrz: Odległości) zajmuje mi dotarcie do sieciówek. Zimową nocą sarny podchodzą pod okna mojego domu - mijam je wracając ze spotkań poświęconych nowoczesnym technologiom lub (kryptoreklama) blogowaniu.

Zgrywam taką, wiecie, hardą i przywykłą do niedogodności dla ludzi pierwszego świata, ale gdyby ktoś wysłał mnie na Biegun Północny, to...

Iqaluit- zdjęcie Daniela Bissona z lipca 2008 r.
No właśnie, co?

Byłabym 6700-nym mieszkańcem największego w okręgu Nunavut miasta - Iqaluit. Żyłabym w społeczności DAMP, co oznacza, że alkohol mogłabym kupić jedynie w barze lub restauracji, nie ma go w sklepach (ewentualnie mogłabym sprowadzić łodzią lub helikopterem). Posłałabym dzieci do modernistycznej bryły:

Szkoła w Iqaluit, fot. movingtoiqaluit.com
a sama odwiedzała wciąż to samo kino, muzeum i klub z tańcami.

Brodziła w śniegu przez 10 miesięcy w roku.
Mogła nie zapinać pasów w samochodzie - wszyscy jadą tak powoli i dobrze wiedzą, gdzie. Życie jest tysiące kilometrów stąd.
Może założyła jakiś biznes? W końcu zwykłe chipsy kosztują w lokalnym sklepie 6 dolców. To te koszty transportu.

Mówicie, że Inuitom moje zachodnie usługi się nie przydadzą? 40% mieszkańców okręgu Nunavut to przecież imigranci z "cywilizowanego" świata. A Internet śmiga tu jak Pendolino.

Choć trochę szkoda, że samych pociągów tu nie uświadczysz - jedyną możliwą drogą do Iqaluit jest powietrzna.

I to ja żyję na Zapipido, huh?

-----

Znalazłam perełkę. Moving to Iqaluit to świetna stronka, przygotowana z myślą o przeprowadzających się do zimowego miasta. Koniecznie poczytajcie FAQ!


-----

Odnaleźlibyście się na takim krańcu świata?

author
Berenika Kochan
Mieszkam na Zapipidopustkowiu. Chcecie wiedzieć, gdzie to jest? Poczytajcie i domyślcie się. Poza tym interesuję się światem: krajami, językami, zwyczajami i dogadywaniem się na polu międzynarodowym. Ciekawie tu, nie powiem.