Uwielbiam pisać recenzje. Tylko czy Wy, drodzy czytelnicy, chcielibyście czytać tutaj wypociny na temat dzieł filmowych i literackich? Nie tymże blog stoi.
Anyway, (pseudo)recka będzie.
-----
Zanim urodziła się K. myślałam, że jestem zorganizowana. Wiecie, 5 godzin pracy tu, 8 tam, potem jakieś sprzątanie, ogarnianie, goście, wyjścia i sprawy.
Po porodzie nastał wielki chaos.
Co to był za kołowrót... Dzień mijał na karmieniach, lulaniach, praniach, bieganiach. Cały dzień, w kółko to samo, wstawanie skoro świt i chodzenie spać z kurami, żeby sił starczyło na nocne pobudki. Był moment, gdy spanikowałam, że już nigdy nie wyjdę na zewnątrz w letni wieczór. (Wiecie, jak jest z hormonami).
Powoli wszystko się wypracowało. Wypracowałam, wypracowaliśmy. Godziny drzemek, jedzenia, nauka samodzielnego zasypiania. Korzystanie z każdego wolnego kwadransu, minuty, sekundy nawet, żeby obejrzeć ostatniego Wieśka Wszywkę, zjeść, ogarnąć pokój, umyć zęby, wyprać ciuszek. Wtedy jeszcze nie wyobrażałam sobie powrotu do pisania. Bo kiedy?
Czas znalazł się sam. Im większa rutyna, tym więcej. I chciałam zrobić jeszcze więcej, i jeszcze. Pracować, sprzątać, gotować, udzielać się społecznie i towarzysko. Wszystko, opiekując się K. Wiadomo, nie wychodziło. Wieczorami pozostawała frustracja.
Przez przypadek wpadłam na Happy Planer i zakochałam się od pierwszego wejrzenia.
Planer dzienny, czyli z dniem na jednej stronie (wyjątek: w weekendy dwa dni na jednej) ma dokładnie tyle miejsca, ile mi trzeba, by wciąż było przejrzyście. Prócz harmonogramu, na każdej stronie znajduje się lista spraw z krzyżykami do odhaczania. Do tego cytat, rubryka "dziękuję za", miejsce na wydatki, notatki, określenie priorytetów, codzienną przyjemność, coś dla zdrowia, zbliżanie się do założonego wcześniej celu, a nawet kółeczka do odhaczania ilości szklanek codziennie wypitej wody. Motywacja działa jak naklejki, wręczane ośmiolatkom na nabożeństwach różańcowych. Działa.
Gdy doszłam do ceny tego niezwykłego kalendarza (w mojej wersji 120 + przesyłka), nie było już powrotu. Nie zabolało tak bardzo, bo miałam zachomikowane na coś, co i tak mi się teraz nie przyda. Ale 120 PLN za, mimo że wysokiej jakości, kalendarz?!
Sprawiedliwie. Chyba. Choć bije po oczach.
Bo HP to nie tylko dzienne plany, ale również plany roczne, miesięczne, listy typu "100 rzeczy, które zrobię w tym roku", mapa celów, wartości, własny manifest, a także superanckie wyzwania miesięczne. Określasz, co chcesz osiągnąć za miesiąc, opisujesz tę idealną sytuację, po czym ustalasz małe kroki do wykonywania na co dzień.
//Aktualnie chwytam chwile, coby teraźniejszości nie zagubić. I uzupełniam witaminy.
Czego się przyczepię? Nie podoba mi się unosząca się nad nim otoczka kobiecości - to produkt kierowany do kobiet. Z drugiej strony, któremu facetowi chciałoby się zapisywać codziennie tyle rzeczy? Na grupie HP na Facebooku (wstęp tylko dla posiadaczek) dziewczyny narzekają na różne drobnostki - a że miejsca na notatki za mało, a że za dużo stron z marzeniami, a że nie ma listy filmów do obejrzenia. Mi trochę szkoda czasu na narzekanie.
Podsumowując:
Bosz, jak człowiekowi lżej, gdy tak wszystko uporządkowane!
Może nie ogarniam wiele więcej, ale na pewno spokojniej. Wiem, że się nie zagubię.
PS. Sorki, jeśli brzmię reklamowo, jak nie ja (to żaden artykuł sponsorowany!), ale jaaaram się.
A jak Wy się ogarniacie?



