Witaj na Zapipidopustkowiu!

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieś. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieś. Pokaż wszystkie posty
Daliście się nabrać. Tytuł stanowi niedołężną metaforę mojego stosunku do serialu "Glue".
(Nie "Glee". "Glue".)

-----

To dramat kryminalny, rozgrywający się w środowisku młodzieżowym na małej angielskiej wsi.
Pomyślałam: angielskie to lepsze, wieś będzie wypaśna.
Po obejrzeniu stwierdzam: i to niby u nas wrony zawracają?

holymoly.com
Bohaterowie majo na wsi co prawda Internet i najnowsze Nokie Lumie, ale już seks uprawiają w sianie. Pracują na gospodarstwach, wywożą gnój, jeżdżą konno... I kochają tę wieś na swój sposób. Ale... Czegoś brakuje w tej układance. Wydaje mi się, że czegoś kluczowego brakuje młodocianym do życia.

Brak zapełniają narkotykami. Nie jakimś tam ziółkiem, które znamy nawet tutaj. Heavy stuff, jak środek do czyszczenia urządzeń sanitarnych rozpylony w reklamówce, którą nakłada się na drogi oddechowe pod wodą. Każdy orze, jak może. Tego (prócz sporadycznych incydentów wąchania kleju w sztyfcie w podstawówce) nie robimy.

Poza tym stawiam 99%, że młodzi gospodarze nie skręcają tutaj karków cielętom, jak James w pierwszym odcinku. Z gołębiami bywa różnie.

Nie skaczą do silosów ze zbożem (nie mamy tutaj takich). I na pewno nie rozbierają się do naga, by do nich wskoczyć.

Bohaterowie za to piękni, przynajmniej dwójka z nich. fot. independent.co.uk
Doszłam do wniosku, że czepiam się tego serialu, bo nie przypomina mi takiego, który sama na wiosce bym zrobiła. Przyznaję się do zazdrości i zadufania.

W ramach rekompensaty dla "Glue" (czymże jestem przy producentach? mrówką marną), powiem: serial leży na niskiej półce pośród tych najwyższych, czyli poziom trzyma przyzwoity. Po prostu nie zaskakuje i nie zachwyca. Choć intryguje, jak to kryminał, który dopiero w ostatnim odcinku lub wcale odpowie na pytanie: kto zabił?

-----

Macie jakieś "na poziomie" seriale, rozgrywające się w wiejskim lub małomiasteczkowym otoczeniu? Linkujcie? A może zatrzymaliście się na "Ranczu"?
Bezdomność jest trendy.

-----

z kolekcji Levis
Bez linczu, proszę. Mam na myśli homeless style.

Uwiodła mnie ta kontr-stylówa. Czasami lubię ubrać "czapkę bezdomnego", sweter po kolana, stare legginsy i chodzić w rozwiązanych trzewikach. Do tego rękawiczki bez palców - dlatego, że są najwygodniejsze. Takie "niby nie przejmuję się tym, co na siebie włożę" attitude.

(fota z 2011, credits to: Bas)
Ale czy to fair ubierać się jak bezdomni? Wdziewać na siebie bezkształtne wory, podczas gdy mamy do wyboru milion bardziej odpowiadających trendom i społeczeństwu ubrań? Głęboka konkluzja: oczywiście, że fair. Każdy może ubrać się, jak chce i każdy może pogrążyć się w beznadziejności, jeśli chce. Wierzę jednak, że mamy naturalny impuls do dawania sobie wewnętrznego kopa - i jeśli tylko potrafimy za nim podążyć - potoczy się.

Ciepły, wrześniowy wieczór, gdy ciemnieje już koło 19. Czekam na busa - jedyną słuszną komunikację w tej okolicy dla osób, które nie mają prawka. Gdy czekam, zawsze się spóźnia. Po drugiej stronie krajowej 19-stki pan. W niebieskich spodniach materiałowych, swetrze z lat 70-tych i rozwalonych butach. Miejscowy menel, który przeżył niejedną obelgę i dawkę denaturatu. Gapi się w tablicę ogłoszeń. Zrywa wielki, kolorowy plakat, znajdując pod nim napisany w Wordzie tekst na białej kartce. Zdaje się, że czyta. Zrywa i chowa do kieszeni, wcześniej składając na czworo. Rozsuwa rozporek i sika, mijają go ludzie, pozdrawiają znajomi. Podnosi wszystko, co znajdzie na ziemi. Otwiera pudełka po papierosach, rozwija papierki po cukierkach...
Bus przyjechał i zabrał jedynego widza, lecz spektakl trwa dalej.

Dlaczego gapimy się na bezdomnych? Tak robimy, nie zaprzeczajcie. Wiemy, że za fasadą brudu kryją się historie. Dlatego raz na jakiś czas reporter nakręci z nimi wywiad, performer na kilka godzin zamieszka pod mostem, artysta stworzy piosenkę [jak Pablopavo "Mikołaja"], a bloger napisze notkę. Zwrócimy uwagę na ich problem na 5 minut (czy da się go rozwiązać? świat przecież stoi na zróżnicowaniu), a za 100 lat bezdomni nadal będą.

credits dongrizzly

Trudno pytać: co myślicie? Mimo to, chcę wiedzieć.
-----

Nie będzie mnie przez chwilę, jadę na niedalekie południe. I jeśli tylko wykombinuję, jak w nowatorski sposób pisać o wyjazdach

//ileż można powielać schemat: historia-historie-rozmowy-kuchnia?! Teraz broni się tylko Idiota za granicą i laska, która jeździ po Polsce i o tym, jakie miejsca odwiedzić, dowiaduje się przez CB radio.

 to moje gryzmoły i fotki znajdziecie TUTAJ. No i oczywiście postaram się TUTAJ.
Tak, to możliwe.

-----

Nigdy nie optowałam za tym gatunkiem muzycznym. Mimo prostej melodii i jeszcze mniej skomplikowanego tekstu disco polo ma prawo być gatunkiem muzycznym, choć wielu umiejscawia je poza wszelkimi podziałami.

//Bo niby nie słucham, ale wiadomo, na imprezach się tańczy, znajomi puszczają, więc teksty znam... - ludzie mówio.
Bracie, mam to samo.

Myślałam, że nawet disco polo ma pewne granice.

Prawda, zdziwiła mnie tego lata "Ale Ale Aleksandra".
Nie znacie? Nie żartujcie, oto fragment:

Nagle w moim życiu pojawiła się
Piękna dziewczyna, to nie sen.
Mała, figlarna niczym cud,
Trafił mi się szczęścia łut.

Ale ale Aleksandra,
Ale ale ale ładna,
Taka taka taka skromna,
Taka taka sexi bomba.



Świetny rym niedokładny, prawda? A refren jaki prosty! Chyba zmierzamy ku temu, że kolejni "Millerowie" będą nam wyśpiewywać sylaby, a następnie pojedyncze litery.

Utworem, który zachwiał moim postanowieniem "szanuję każdy gatunek muzyczny", jest jednak poniższy:

//dziękuję Ann za podzielenie się, you made my day


Ref: Worek na głowę i za ojczyznę,
potwór, nie potwór oby miał otwór,
nieważne: panna brzydka czy ładna,
to nic nie szkodzi, jesteśmy młodzi.  


Mam ochotę zapytać: wy tak na poważnie? I po co ten kolo w refrenie tańczy z odkurzaczem? Może chodzi o worek z odkurzacza?

I wiecie co? Obawiam się, że "Worek na głowę i za ojczyznę" podobnie jak "Ale Ale Aleksandra" stanie się hitem, a następnie standardem. Dla obeznania wysłuchać raz trzeba.

Jeśli się przyjmie, to i tak się od tego nie uwolnimy.

-----

Czy sądzicie, że ten "worek na głowę" to przegięcie? A może idealnie wpisuje się w konwencję disco polo?
Blog o wsi, prawda?

-----

W 2014 roku moje pokolenie rzadko kiedy rozmawia tu gwarą. Wiadomo, to wiocha. Rodzice przestrzegają dziadków, by nie uczyli ich dzieci "źle mówić", wskutek czego młodsi gwarę znają ze słyszenia, ale jej nie używają. Pojmują, ale nie czują.
Czasami jednak gwara i archaizmy są potrzebne, aby porozumieć się z babciami i dziadkami. Człowiek wtedy automatycznie się przestawia.

1.
 - Jak się czujesz, babcio? --> "Babciu" brzmiałoby baaardzo sztucznie.
 - Aaa... (westchnienie). Bedzie lepij w pudle. --> "Bedzie" - to oczywiste. Czasami występuje nawet hardkorowe "beje". Ale już np. "wszędzie" to "wszeńdzie", czyli normalnie. "Pudło" to dla niej trumna.
Z takiej odpowiedzi można wywnioskować, że babcia czuje się dobrze, bo ma ochotę na cynizm.

2.
 - Jak się pani czuje? - pyta 90-letnią babcię doktor, a raczej "dochtór".
 - A jo wiym, jak jo sie czuje... --> "jo" - klasyk tutaj, "wiym" - podobnie, "sie" - normalka.
 - To kto ma wiedzieć, jak nie Pani?
 - Ta jo nie wiym... --> "Ta" - to częste chyba w całej Polsce.
A babcia zmęczona była chorobą.

3.
 - Wy tu mocie jak w Hameryce...! --> "a" na "o" w czasownikach bardzo częste, do głowy nie przychodzi mi wyjątek. A skąd się wzięła ta "Hameryka"? Pojęcia nie mam.

-----

Wydaje mi się, że nasza gwara stoi w cieniu tej podhalańskiej czy śląskiej, bo niewiele osób jest z niej dumnych. Więcej grzechów nie pamiętam.

Naukowo: przynależymy do dialektu małopolskiego, w regionie Pogranicze Wschodnie Młodsze, w części przemyskiej. Źródło: tutaj. Jest też stosowna mapka.

Macie jakieś inne przykłady gwary? Postanowiłam je spisywać, bo za 50 lat właściwie będą żyć tylko na "papierze". Podzielcie się i dajcie znać, czy Gwarownik to dobry pomysł!

Zapipidopustkowie totalne, gdzieś w okolicy.


Pisałam już gdzieś, że denerwuje mnie emigracja zarobkowa. Zamiast wykrzesania z siebie choć odrobiny kreatywności i zapału do pracy, ludzie wyjeżdżają, bo "gdzie indziej o pracę łatwiej, można zarobić trzy razy tyle i w ogóle". Światłe dusze nie mają odwagi, aby rozpocząć własne działanie, pokazać się gdzieś, zapukać do drzwi, a gdy nie przyniesie to skutku - do okna. Większość wyjeżdża, żeby wykształcić się, a potem pracować w wielkomiejskich korporacjach. I o ile tę pierwszą opcję rozumiem, nie mogę pojąć, dlaczego ludzie nie przywożą kapitału z powrotem.


-----

Na marginesie, denerwuje mnie jeszcze jedno. Po co ludzie budują domy, w których jest tak dużo miejsca? Wiele parek z jednym lub dwoma dziećmi zajmuje ostatnie wolne na podkarpackich wsiach parcele, aby sobie postawić dom piętrowy, pięciopokojowy. Prawdopodobnie jestem dziwna po prostu przyzwyczajona do życia na mniejszym, pełnym ludzi metrażu, gdzie stałe interakcje są na porządku dziennym. W takich przestrzennych domach mieszkają później dwie osoby, podczas gdy reszta członków rodziny wyprowadziła się do miasta. To smutne. Takie czasy - gdy zamiast ROBIĆ, żeby było lepiej, szuka się tego "lepiej", zrobionego gdzie indziej.

-----

O czym miałam pisać? Już wiem. Że tu nie ma co robić.

Bullshit.

Podkrośnieńskie wsi nie są może pełne rozrywek. Od czego jednak Krosno, gdzie można pojechać samochodem, autobusem, busem lub na stopa? Są prelekcje podróżnicze (50% uczestników to emeryci), DKF-y (to samo), spektakle, koncerty - nie wszystkie na jedno kopyto. Ludziom po prostu nie chce się wychodzić. Zimą już w okolicach 19 rynek jest pusty, a przecież jest tak, kuźwa, bajkowo.

Przepraszam, zdjęcie nie oddaje uroku.

Na rynku Herbaciarnia, Ferment. Nikt nie broni ruszyć tyłka do Rzeszowa w poszukiwaniu większej liczby atrakcji. Studiując tam przez trzy lata, wychodziłam prawie każdego wieczoru - a do baru czy na imprezę wcale nie tak często.

Przeważnie, gdy ktoś mówi, że "tutaj nie ma co robić", zapewne nie wie, co tu można robić, bo nie chce mu się sprawdzić. I ta zasada prawdziwa jest w przypadku większości narzekaczy.

Z jakimi fajnymi ludźmi można tu się spotkać! Co rusz ktoś do mnie pisze na CS'ie, że chciałby odwiedzić Krosno.

Broń Boże, nie jestem przeciwna ruszaniu się z miejsca. Kocham jeździć, często (dowód). Ale głos wewnętrzny szepcze: "Tu jest dom". A ja od razu się zastanawiam, co mogę zrobić, by żyło mi się tutaj jak najlepiej.
Jak już wiecie, mieszkam na Zapipidopustkowiu. Co jakiś czas (średnio co drugi dzień) do drzwi naszego domu dzwonią nietypowi osobnicy. Lub, jeśli jakimś trafem drzwi są otwarte, naciskają klamkę i wchodzą nawet bez puknięcia. Dziwne, prawda? Kiedyś na wsi tak się wchodziło. Jak byłam mała, również często wchodziłam tak do znajomych. Interesujący ci domokrążcy.

Oto oni:
  • CYGANIE - chodzą i mówią do nas takim wymruczanym-przekręcanym polskim. Zadzwonią do drzwi trzy razy, gwałtownie i mówią: "dobre garnki, jakie dobre, pani weź", ostentacyjnie stukając w denka. Albo już z drogi krzyczą "dywano! dywano! tanie, dobre". Noszą też kołdry i poduszki, pokryte baranią wełną. Są nieprzezbyci, jak mawiają tutaj starsi. Po kilku minutach odchodzą, w końcu dają za wygraną. A ja się zastanawiam, skąd oni te rzeczy biorą do sprzedaży. Bo pościel z barana zawsze mają taką samą, garnki też.
  • KRZYŻÓWKOWICZE - znacie takich, co to chodzą i zbierają pieniądze na chore dzieci, sprzedając krzyżówki i gazetki? Cóż, w dużej mierze mogą być oszustami, tyle w temacie.
  • PANOWIE Z PAPIEREM TOALETOWYM - o, tacy to lubią wchodzić. Co sobotę. Jeśli drzwi są otwarte wchodzą, krzycząc: "papier! trzeba wam papieru? nie? ale dobry, taniej nie znajdziecie!". Jeśli drzwi są zamknięte, dzwonią kilka razy, by jak najszybciej przejść do innych domów. Zwykły, szary, drapiący papier, a panowie nierzadko w gumiakach.
  • ŚWIADKOWIE JEHOWY - zdarzają się pewnie wszędzie. Otwierając drzwi, słyszysz pytanie o Boga. "Czy wierzy Pani w Boga?", "Kim dla Pani jest Bóg?", "Możemy o nim porozmawiać?". Ludzie udają, że nie słyszą takich dzwonków. Siedzą cicho, dopóki świadkowie nie przejdą dalej. A chodzą bardzo regularnie, zdarza się i raz na miesiąc. Nie wiem, czy kogoś przekonują w ten sposób. Macie może jakieś konkretne dane?
Wymieniłam chyba wszystkich. Może to nie jest imponująca lista, ale chodziło mi po głowie usystematyzowanie ludzi, którzy dzwonią dzwonkiem w celach namawiania na różne rzeczy. Co ciekawe, rzadko spotyka się tu domokrążców-handlarzy, pracujących dla określonych firm i sprzedających noże, encyklopedie lub maszynki do mięsa. Niegdyś chodzili.

----

Tak piszę i piszę na tym Zapipidopustkowiu, a żadnej wizualnej treści tu jeszcze nie wkleiłam. W XXI wieku to takie ważne, żeby do każdego artykułu była ilustracja, bo dzięki nim lepiej przyswajamy treści.
Zatem wklejam kilka fotek, coby nakreślić nieco teren mojego egzystowania. Związanie z tematem tego wpisu żadne:






Może założę jakiegoś Instagrama? Będzie wiocha czy nie z takimi fotami?

 
author
Berenika Kochan
Mieszkam na Zapipidopustkowiu. Chcecie wiedzieć, gdzie to jest? Poczytajcie i domyślcie się. Poza tym interesuję się światem: krajami, językami, zwyczajami i dogadywaniem się na polu międzynarodowym. Ciekawie tu, nie powiem.