Witaj na Zapipidopustkowiu!

02.03.

Demolka. Trzeba zburzyć stare, żeby powstało nowe - czy jakoś tak. Zmiany.

//Mniej enigmatycznie. Popraw się, bitch!

Śnieżyczki ciągle w pąkach, co rano przysypywane śniegiem. Huhuha, zima zła, popołudniu ucieka. Na rzecz plusowych temperatur. Słychać już "wio, kurwa, wio" i przeraźliwy koci pisk. Kotka zamknięta, wystawia się na parapecie boiska niczym pani zachęcająca do skorzystania z usług klubu w dzielnicy czerwonych latarni. Tyle że do boiska nikt kocura nie wpuści. Wieje.

06.03.

Wieje. Pierwsze promienie słońca ładują witaminą D. Leżymy w kojcu, K. ślini się na mnie. Najpiękniejszy krajobraz świata.

Spacerujemy, obserwujemy dzieci wracające ze szkoły, kilkuletnie. "Madzia, chyba Cię powaliło!". Też tak mówiłam w takim wieku, ale postanawiam sobie, że K. będzie grzeczna, kulturalna, taktowna. To odruch. Dobrze wiem, że wolę, by była stanowcza, spontaniczna, miała własne zdanie, więc i tę granicę grzeczności w poszukiwaniu balansu przekroczy. Już teraz wpuściłabym ją w tornado, byleby miała frajdę (btw. wiecie, że Frajda to żydowskie imię?). To porównanie do życia pełnią, nie samodestrukcji.

Frajda K. Podoba mi się. W tym zdaniu miałam się do czegoś przyczepić, ale nie, naprawdę mi się podoba.

15.03.

Bloody hell, głodna jestem. Idę coś zjeść.

[20 minut]

Oho, K. wstaje. Nara!

[3 godziny]

3cia godzina niedźwiedź łapie, hehe. Racja, chodzę po domu i podśpiewuję "a kiedy dzień nadchodzi, dzień nadchodzi", ale mózgu mi jeszcze nie zlasowało. Staram się traktować K. poważnie i tłumaczyć jej różnice między największymi religiami monoteistycznymi, żebym nie zgłupiała do reszty. Na polu towarzyskim lekka bida, wszystko przez remonty.

//Wiedzieliście, że w piosence "Idziemy na jagody" jest fragment:

"Pójdziem na jagódki ,wysmarujem bródki
do kosza połowę a resztę na głowę
trochę sobie zjemy, się wysmarujemy
zatańczymy, nowy taniec jagodowy."


Na, srsly, głowę? Potem dziecko przyjdzie z włosami w jagodach. Wiem, bo odgrywałam scenki z "Kajtka bez majtek". Byłam Wojtkiem.

Zima, może będą w końcu białe święta?
Spowszedniało mi.

21.03.

Trzeci dzień tkwię w marazmie, staram się wygrzebać. W przerwie od pisania piszę tu - tam o tym, skąd się wziął język. Wiecie, że język plemienia Bantu, zamieszkującego Górę Kilimandżaro, miał 14 czasów i około 20 odmian rzeczownika? Whatever, polski język jest tak piękny, że nie zamieniłabym go na żaden inny. To mi przypomina, że czas na kolejne "Zapipido o słowie".

To kolejny argument, który skutecznie chroni mnie przed emigracją. Nie cykl postów, język. Czymże jestem bez języka? Wiecie, nie chodzi o patriotyzm, gdybym umiała pisać po angielsku tak, jak po polsku, już klepałabym w klawiaturę bez "ł" i "ó". Uważam, że by pisać pięknie, trzeba w języku się wychować, żyć, chłonąć. Poza tym (pytanie do filologów, proszę o szczerą odpowiedź), czy angielski daje możliwość takich słownych manewrów? Thought so.

Zaklepałam bilety. I "o ile nie rozdziobią nas kruki i gile", "mamy spore szanse" lecieć w maju na południe. Oczywiście, że się boję. Swojego strachu tylko, bo K. będzie zachwycona.

29.03

Czymże jest chrzest, kościół? Kimże ksiądz? Te pytania powracają do mnie okolicznościowo. Jak człowiek śmiał Boga zamknąć, zaszufladkować, przypisać mu słowa i cele?

Czuję Boga, naprawdę. Ale czy czuję naprawdę? Bo ten, co się wysadza, też czuje, tego samego. Czy każdy spośród tych brodatych tysięcy to obłąkany? Na pewno sprany. I mój Bóg jest lepszy, bo namawia mnie do doceniania życia, a ich gorszy, bo chce to życie niszczyć? Jak mogę wywyższać mojego Boga nad jego? Koegzystować i trzymać kciuki, żeby nie mnie pierdolnęło. Bez sensu.

Za tydzień będę wyglądać inaczej, bardziej pogodnie.
Z tyłu głowy kontr-myśli: "wysadzane lotniska" a "nie spełniaj życzeń terrorystów".


-----

A co w Twoim marcu?

Swoją.

-----

Lubię rozmowy z ludźmi inteligentnymi. Takimi, co widzieli, zrobili wiele. Znają języki, jedli gąsienice na surowo, zjeździli autostopem Stany Zjednoczone. Pracują w korporacji, robią doktorat lub kreują się tylko na "ą", "ę". Czuję braterstwo dusz z tymi, którzy obudzili się w porę, kierują się intuicją; wierzą, że na naukę nigdy nie jest za późno i utrzymują kontakt najważniejszy na świecie - z samym sobą.

Do czasu.

Rozmowa klei się niczym słowa tego postu, wiadomo, obyci jesteśmy, wykształceni, z nietypowymi zainteresowaniami. "Uczyłam się japońskiego" mówię, "przez trzy lata". Tutaj przeważnie występuje "ooo", notowania idą w górę. "Ale przestałam, bo stwierdziłam, że japoński nigdy mi się do niczego nie przyda. Nie mam czasu na naukę języka, a raczej wolę go przeznaczyć na coś innego. Chciałabym nauczyć się angielskiego perfekcyjnie, bo to po angielsku prawie wszędzie się dogadam". Krępująca cisza. Bo wiecie, rozmówca wie już, że w ciemię nie jestem bita, więc jak może mi wytknąć: ale jak to?! Odmawiasz sobie czasu na tak niespotykany język, zwłaszcza, gdy coś już umiesz? Jak się już zaczęło... Nie chce ci się po prostu! Poza tym japoński jest piękny, to zaszczyt go używać, języki trzeba chronić przed wyginięciem!

Teoretycznie się zgadzam. Teoria nigdy nie sprawdziła się w moim życiu.


Mam kolegę radykała. W kwestii poglądów piątkę mógłby sobie z nim przybić teoretyk nazizmu. Teoretyk, bo mocny tylko w gębie. A gdy ktoś nie podziela jego zdania, zacietrzewia się. Nawet, gdy chodzi o kwestie obiektywne, typu: czy dany bank wypuścił aplikację na Windows Phone'a, czy też nie,


Bank bank = new Bank;

if (windowsApp = false)
{
        bank.sendMessage = "Shame on you, not minding all of your customers!";
}


broni do krwi kropli ostatniej swojej wiedzy na ten temat. Wow. Z większością jego poglądów się nie zgadzam, ale zazdroszczę mu, że tak pewien jest wszystkiego, w co wierzy. I w rozmowie z tzw. człowiekiem wykształconym mówię "Lubię skrajne osobowości. Gdy ktoś ma kontrowersyjne zdanie i postanawia go bronić w wielogodzinnej dyskusji". Oho, nie wiadomo, co powiedzieć. Można by: ej, głupia,

//kolega by się nie pieprzył, tylko wykrzyknął "To jest po***ane!"

gdybyśmy wszyscy stanęli na samym końcu którejś z szal, albo panowałaby rozpusta i anarchia, albo totalitarny reżim. Edukować głupców trzeba, kampanii wspierających równość trzeba, trzeba chronić demokrację przed idiotami. Racja, ale za poglądy człowieka nie znielubię, tylko za czyny.

W podobnych sytuacjach czuję się dziwnie. Bo ja wiem, że ktoś myśli, że jednak wcale nie jestem taka mądra. I wiem, co ktoś mógłby mi powiedzieć, jakich racjonalnych argumentów użyć, jakich teorii...

Tyle że wiecie, jak u mnie z teorią. Do przodu wciąż wyrywa głupie serce.

Podobnie, gdy powiem, że nie interesuję się polityką, lubię prymitywny humor i ten post, wbrew zasadom nowoczesnego blogowania, wcale nie musi mieć fotki. Najwyżej będzie mniej klikany.

Dobra, dam cartę blancę, bo nie będzie miniaturki na głównej


Taka moja ignorancja, koniec przepraszania.
Pojechałam do Iqaluit z Google: przewoźnikiem Maps i przewodnikiem Search. Być może ten post bardziej nadawałby się do dawno nieaktualizowanej Kolekcji Kamieni, ale co tam.

-----

Do czytania włączcie sobie:


a może poczujecie klimat.


Mówię, że żyję na Zapipido. Czyste powietrze tnie u nas płuca, ale 15 minut (bądź godzinę, to zależy, patrz: Odległości) zajmuje mi dotarcie do sieciówek. Zimową nocą sarny podchodzą pod okna mojego domu - mijam je wracając ze spotkań poświęconych nowoczesnym technologiom lub (kryptoreklama) blogowaniu.

Zgrywam taką, wiecie, hardą i przywykłą do niedogodności dla ludzi pierwszego świata, ale gdyby ktoś wysłał mnie na Biegun Północny, to...

Iqaluit- zdjęcie Daniela Bissona z lipca 2008 r.
No właśnie, co?

Byłabym 6700-nym mieszkańcem największego w okręgu Nunavut miasta - Iqaluit. Żyłabym w społeczności DAMP, co oznacza, że alkohol mogłabym kupić jedynie w barze lub restauracji, nie ma go w sklepach (ewentualnie mogłabym sprowadzić łodzią lub helikopterem). Posłałabym dzieci do modernistycznej bryły:

Szkoła w Iqaluit, fot. movingtoiqaluit.com
a sama odwiedzała wciąż to samo kino, muzeum i klub z tańcami.

Brodziła w śniegu przez 10 miesięcy w roku.
Mogła nie zapinać pasów w samochodzie - wszyscy jadą tak powoli i dobrze wiedzą, gdzie. Życie jest tysiące kilometrów stąd.
Może założyła jakiś biznes? W końcu zwykłe chipsy kosztują w lokalnym sklepie 6 dolców. To te koszty transportu.

Mówicie, że Inuitom moje zachodnie usługi się nie przydadzą? 40% mieszkańców okręgu Nunavut to przecież imigranci z "cywilizowanego" świata. A Internet śmiga tu jak Pendolino.

Choć trochę szkoda, że samych pociągów tu nie uświadczysz - jedyną możliwą drogą do Iqaluit jest powietrzna.

I to ja żyję na Zapipido, huh?

-----

Znalazłam perełkę. Moving to Iqaluit to świetna stronka, przygotowana z myślą o przeprowadzających się do zimowego miasta. Koniecznie poczytajcie FAQ!


-----

Odnaleźlibyście się na takim krańcu świata?

Czapka z głowy, wszyscy.

-----



Nie wiem, co napisać. Co bym nie napisała, wypadnę mizernie, zatem z tą chwilą przestaję się silić. Post pójdzie surowy, bez korekty. Tak, jakbym z bajpasem porwała się na sprint.

Taka Sobie Matka zachwyciła mnie. Najpierw prezencją słów, potem bijącą z nich mądrością. Taką stateczną (póki co, nie zgadzam się tylko w jednej kwestii), skalno-silną.

Nie jest taka sobie, nie jest typową matką. Blog też nie parentingowy - czy miał być? - tylko o ludziach i słowach. Kompozycjach tak pięknych, bo prawdziwych i vice versa, że mój zachwyt jest niemy.

//Piszę teraz na siłę, bo MUSZĘ się z Wami tym blogiem podzielić.

Jeden z akapitów "o sobie":

TSM: środkiem. 13.02.2015
A to mój ulubiony z całego bloga:
Imago. 11.01.2016
Popłakałam się za pierwszym razem. Za drugim i trzecim. Teraz znów płaczę.

A to?
Obierki. 23.12.2015
To daje ulgę. Niesamowite poczucie, że najcenniejsze, co mam, czołga się na tym przewijaku w miśki. I mimo, że teraz mycie przypomina wrestling, a tym ręcznikiem bez problemu mogłabym co najwyżej obetrzeć sobie pot z czoła, to najpiękniejsze chwile.

TSM to królowa codzienności. Uświadamia najpierwotniejsze piękno stworzenia przy pomocy perfekcyjnych kompozycji. Nie poetyckich, nie wulgarnych. Prostolinijnych, ale nie prostych.

Kolejne ulubione:

Umyj ręce.
Smak dzieciństwa.

Jej najniższe loty ciągle wysokie.

Ale co najlepsze (najgorsze?) jej komentatorzy silą się, przetrawiwszy ten wielki styl, na zbudowanie z jego resztek inspirowanego komentarza. Piszą wiersze, stosują przeskok linii, inwersję wyrazów, patetyczne metafory, które może gdzie indziej byłyby dobre, nie tak niedoskonałe.

Że może ja też, pewnego dnia, ale czy jest sens, bo ja nie mam tak, może powinnam tym, co mam, już do końca.

Podsumowując:

Nie (tylko) dla matek. Dla niematek, nastolatek i starszych nastolatek, ba!, nawet dla panów profesorów i Zenków spod sklepu, którzy kiedyś lubili czytać, ale tylko klasyków - bo do szkoły - i łączyli przyjemne z pożytecznym. Polecam też dzieciom i podlotkom.

-----

Co sądzicie o realizacji tego cyklu? Czego Wam brakuje?
Przypominam: wprowadzenie do idei.

Piszę, więc jestem.

-----

Mogę żyć bez czekolady kokosowej, którą dostaje się przy oddawaniu krwi. Bez kawy rozpuszczalnej z jednej łyżeczki z mlekiem pasteryzowanym z Biedry. Bez kolacji, cotygodniowych odcinków "Shameless" i "Jane the Virgin", bez świeżego powietrza nawet.

Bez słowa na kartce nie umiem. Gdyby nie blog, praca i mój ściśle tajny powieściowy projekt, co miesiąc zużywałabym zeszyt 90-kartkowy na pamiętnik. Byle pisać, pisać, pisać, zastanawiać się, poprawiać, siedzieć pół godziny nad jednym słowem.

//Żal mi siebie, że należę do takich fiołów. Pani Joanna Wrycza-Bekier w "Magii słów. Jak pisać teksty, które porwą tłumy" wspomina pisarza, który przez baaardzo długi czas rwał włosy z głowy przez jedno zdanie. Wciąż poprawiał, korygował. Umarł nieusatysfakcjonowany. Lekcja, prawda? Let it go.

I czytać, zachwycać się, mieć dreszcze. Kocham literackie perełki miłością z zazdrością. Gdybym miała mniej oleju w głowie, postawiłabym ołtarzyk najlepszym słownym kombinacjom. Wypisywałabym je na kolorowych karteczkach i wrzucała do otoczonego świeczkami herbacianymi (to te tea lights, nie?) słoika.

//Wyglądałoby to, jak słoik szczęścia. Może kogoś zainteresuje ta akcja.

Albo zebrałabym je wszystkie w książce i opatrzyła peanami.

Wait!

string idea = "Zrobię to na blogu. Może ktoś się zachwyci, może kogoś połechcę";
print idea;

Zapraszam zatem na "Zapipido o słowie".

Będzie klasa najwyższa, współczesna i zamierzchła.

W końcu jakieś peany, a nie durne hejciki.

Takie, które blow my mind.
Może podeślecie Wasze ulubione fragmenty literatury, takie wysokich lotów? Chętnie poczytam.

Do tego wpisu zainspirowała mnie (mówiłam, że tak będzie), K.
I to, w co K. się NIE ubiera.

Dość tego BB*, przejdźmy do konkretów.

-----

Rok 1968 był w USA rokiem boomu odzieżowego uniseksu. Nie pod znakiem "kradnijmy chłopakom spodnie", a raczej "ubierajmy spodnie, ale kobiece". Panowie podwędzili natomiast długie włosy. Uniseks stał się na tyle popularny, że w wielu sklepach prócz działów kobiecych i męskich, znajdowały się również "dla każdego". Nie przetrwały długo, najwyżej kilka lat.

Uniseksowe uniformy Damiena Ravna
Wiosną zeszłego roku Selfridges poświęcił trzy piętra swojego domu na ubrania pod znakiem agender. Nie spódnice dla mężczyzn i marynarki dla kobiet (choć może), lecz ubrania takie, których nie da się zidentyfikować z konkretną płcią.

www.selfridges.com

Podobnie projektant Rad Hourani. Jego hasła to: genderless, raceless, ageless, nationless, limitless

//teleportation_to_that_world;

Bardziej wybiegowe niż codzienne, zatem niepraktyczne fot. inhalemag.com
Idea zacna.

Bo kto wymyślił płcie, a w związku z nimi kolosalne kłopoty:
 - ucisk kobiet,
 - ruch feministyczny,
 - akty agresji na tle seksualnym,
 - dyskryminację mniejszości seksualnych,
 - patriarchat,
 - matriarchat,
 - podział na zawody męskie i żeńskie (wciąż obowiązujący w Polsce w niektórych przypadkach),
 - różową wyprawkę dla dziewczynek(!)

I od tej wyprawki się u mnie zaczęło.
Bynajmniej, producentom ubranek niemowlęcych, zarówno polskich, jak i zagranicznych, niewiele mam do zarzucenia (szybka lista tego, co mam: ciasne gumki, malutkie otworki na głowę, brak zapięć przy szyi, podwijające się do góry nogawki, tanie wzorki, błędy w pisowni na ubrankach, np. do things that makes you happy). Ubranka są, prócz tego, że w różu, to jeszcze w wielu innych kolorach. Zresztą zawsze korzystam z działów chłopięcych przynajmniej na równi (o ile nie więcej) niż z dziewczęcych. Nie. To chodzi o to, co już przez dziesięciolecia się w głowach zapipidobabć zakorzeniło.

O dwadzieścia różowych bluzeczek ze szmatek.
O sukienkę, która z dziecka robi falbaniastą kulkę.
O buciki księżniczki.


Do różu nic nie mam, lubię. Ale nie w przesadnych ilościach, bo dziecko jest taaakie słodkie.
Bo trzeba zaznaczyć, że to dziewczynka, inaczej nie będzie widać.
Bo potem będzie się ubierać w chłopskie ciuchy.

Niech się ubiera.

//M: możemy mieć pięć córek, już pal licho, ale jedna z nich będzie musiała zostać gejem.

*Baby Bullshit

-----

A Wy, jak często ubieracie ubrania unisex?
Czuję, że w czasach gender to może być dla producentów niezły biznes.

Obejrzyjcie "Spotlight", to się dowiecie.

-----

Powodów było kilka, kolejne wyszły w trakcie.

1. Bo tak stwierdziłam, będąc siedmiolatką, która podtykała lalkom plastikowy mikrofon pod nos. Byłam gospodarzem własnego talk-show i pytałam zabawek, jakie znają sposoby na zlikwidowanie głodu na świecie. Postanowione, będę dziennikarzem.

2. Bo chciałam poznawać ludzi ze skrajnych biegunów. Dziwnych, szalonych, zapaleńców, wandali. Wciąż lubię oryginałów, nieważne czy konserwatystów czy liberałów. Kontrowersyjne poglądy.

3. Bo nic nie jest czarne ani białe. Każda sprawa ma wiele warstw, wielu uczestników, potencjalnych komentatorów - ile ich, tyle perspektyw. Bo od dziennikarza zależy, w jaki sposób opowie historię. To wielka odpowiedzialność. Mało który potrafi pisać dobre, pozornie najprostsze newsy. Rozpanoszył się ohydny, stronniczy, charakterystyczny dla tabloidów język, nawet już w telewizji. Bleh...

4. Bo możliwość komponowania słowa.

5. Bo rozmowy z artystami, ulubionymi nieraz. Spełniłam swoje szczenięce marzenia nawet kilkakrotnie. + twarda szkoła edycji wywiadu, który trudno okroić do wymogów czasowych i przestrzennych, ale trzeba.

6. Bo zabieganie. Wywiad tu, audycja tam. Autobusy i tramwaje, z zajęć na wywiad, a po wywiadzie relacja. Super życie (raz na jakiś czas).

7. Bo tworzy się opinie, które ludzie powtarzają. Można czyjeś dzieło dosadnie, legalnie, bez skrępowania i dyplomatycznych wypowiedzi, ocenić. Przejechać po szmirach, uwidocznić megalomanię. Dla własnej satysfakcji.

8. Bo wszechstronność. Jaki inny zawód dla kogoś, kto interesuje się światem? Podróżnik? Ten nierozerwalnie łączy się z dziennikarstwem, nikt za nic kasy na wojaże nie dostaje. Dziennikarz to człowiek renesansu. Potrafi nazwać poszczególne komponenty systemu fotowoltaicznego. Zna wszystkie eventy cykliczne w danym mieście. Wie, w jaki sposób prawidłowo dobrać stanik.

9. Bo pasja. Który dziennikarz nie lubi swojej pracy? Nie spotkałam nikogo, kto profesjonalnie ów zawód wykonywałby na "odwal się". Nie mówię o copywriterach z babskich tygodników, tylko dziennikarzach. Szczególnie tych leciwych.

10. Bo rozrywka. Każdy dzień przygodą, na dniu się zresztą nie kończy. Relacje z imprez, koncertów, ba! przedstawienia szkolnego teatrzyku nawet - sama przyjemność. After party po konferencjach, bezproblemowe wejścia tam, gdzie są płatne lub vipowskie. Tak żyć.

Mark Rufallo - pierwszy z lewej, budzi moje zaufanie we wszystkich filmach. fot. religionnews.com
Szumi mi w głowie, szumi mi w sercu.
Ten film powinni oglądać studenci na zajęciach. To jest dziennikarstwo, to!

-----

U mnie się pogubiło, pomieszały się priorytety.
Tęsknię za wszystkimi wymienionymi powyżej. I mam konflikt.
Copywriting pozwala samemu dobierać klientów, poczuć niezależność.
Do podległości nie wrócę.

if(journalism = true){

blog Zapipidopustkowie;

Zapipidopustkowie = Zapipidopustkowie + interviews + reviews + serious_articles + news;
return Zapipidopustkowie;
}
else
return null;

Tak zrobię, dajcie chwilę.

-----

Polecam dziennikarstwo.
I "Spotlight".

PS. Ważne pytanie - czy znacie kogoś, kto na blogu uprawia rzetelne dziennikarstwo?
Uwielbiam pisać recenzje. Tylko czy Wy, drodzy czytelnicy, chcielibyście czytać tutaj wypociny na temat dzieł filmowych i literackich? Nie tymże blog stoi.

Anyway, (pseudo)recka będzie.

-----

Zanim urodziła się K. myślałam, że jestem zorganizowana. Wiecie, 5 godzin pracy tu, 8 tam, potem jakieś sprzątanie, ogarnianie, goście, wyjścia i sprawy.

Po porodzie nastał wielki chaos.

Co to był za kołowrót... Dzień mijał na karmieniach, lulaniach, praniach, bieganiach. Cały dzień, w kółko to samo, wstawanie skoro świt i chodzenie spać z kurami, żeby sił starczyło na nocne pobudki. Był moment, gdy spanikowałam, że już nigdy nie wyjdę na zewnątrz w letni wieczór. (Wiecie, jak jest z hormonami).

Powoli wszystko się wypracowało. Wypracowałam, wypracowaliśmy. Godziny drzemek, jedzenia, nauka samodzielnego zasypiania. Korzystanie z każdego wolnego kwadransu, minuty, sekundy nawet, żeby obejrzeć ostatniego Wieśka Wszywkę, zjeść, ogarnąć pokój, umyć zęby, wyprać ciuszek. Wtedy jeszcze nie wyobrażałam sobie powrotu do pisania. Bo kiedy?

Czas znalazł się sam. Im większa rutyna, tym więcej. I chciałam zrobić jeszcze więcej, i jeszcze. Pracować, sprzątać, gotować, udzielać się społecznie i towarzysko. Wszystko, opiekując się K. Wiadomo, nie wychodziło. Wieczorami pozostawała frustracja.

Przez przypadek wpadłam na Happy Planer i zakochałam się od pierwszego wejrzenia.






Planer dzienny, czyli z dniem na jednej stronie (wyjątek: w weekendy dwa dni na jednej) ma dokładnie tyle miejsca, ile mi trzeba, by wciąż było przejrzyście. Prócz harmonogramu, na każdej stronie znajduje się lista spraw z krzyżykami do odhaczania. Do tego cytat, rubryka "dziękuję za", miejsce na wydatki, notatki, określenie priorytetów, codzienną przyjemność, coś dla zdrowia, zbliżanie się do założonego wcześniej celu, a nawet kółeczka do odhaczania ilości szklanek codziennie wypitej wody. Motywacja działa jak naklejki, wręczane ośmiolatkom na nabożeństwach różańcowych. Działa.



Gdy doszłam do ceny tego niezwykłego kalendarza (w mojej wersji 120 + przesyłka), nie było już powrotu. Nie zabolało tak bardzo, bo miałam zachomikowane na coś, co i tak mi się teraz nie przyda. Ale 120 PLN za, mimo że wysokiej jakości, kalendarz?!
Sprawiedliwie. Chyba. Choć bije po oczach.

Bo HP to nie tylko dzienne plany, ale również plany roczne, miesięczne, listy typu "100 rzeczy, które zrobię w tym roku", mapa celów, wartości, własny manifest, a także superanckie wyzwania miesięczne. Określasz, co chcesz osiągnąć za miesiąc, opisujesz tę idealną sytuację, po czym ustalasz małe kroki do wykonywania na co dzień.

//Aktualnie chwytam chwile, coby teraźniejszości nie zagubić. I uzupełniam witaminy.

Czego się przyczepię? Nie podoba mi się unosząca się nad nim otoczka kobiecości - to produkt kierowany do kobiet. Z drugiej strony, któremu facetowi chciałoby się zapisywać codziennie tyle rzeczy? Na grupie HP na Facebooku (wstęp tylko dla posiadaczek) dziewczyny narzekają na różne drobnostki - a że miejsca na notatki za mało, a że za dużo stron z marzeniami, a że nie ma listy filmów do obejrzenia. Mi trochę szkoda czasu na narzekanie.

Podsumowując:
Bosz, jak człowiekowi lżej, gdy tak wszystko uporządkowane!
Może nie ogarniam wiele więcej, ale na pewno spokojniej. Wiem, że się nie zagubię.

PS. Sorki, jeśli brzmię reklamowo, jak nie ja (to żaden artykuł sponsorowany!), ale jaaaram się.

A jak Wy się ogarniacie?


author
Berenika Kochan
Mieszkam na Zapipidopustkowiu. Chcecie wiedzieć, gdzie to jest? Poczytajcie i domyślcie się. Poza tym interesuję się światem: krajami, językami, zwyczajami i dogadywaniem się na polu międzynarodowym. Ciekawie tu, nie powiem.