Witaj na Zapipidopustkowiu!

Obejrzyjcie "Spotlight", to się dowiecie.

-----

Powodów było kilka, kolejne wyszły w trakcie.

1. Bo tak stwierdziłam, będąc siedmiolatką, która podtykała lalkom plastikowy mikrofon pod nos. Byłam gospodarzem własnego talk-show i pytałam zabawek, jakie znają sposoby na zlikwidowanie głodu na świecie. Postanowione, będę dziennikarzem.

2. Bo chciałam poznawać ludzi ze skrajnych biegunów. Dziwnych, szalonych, zapaleńców, wandali. Wciąż lubię oryginałów, nieważne czy konserwatystów czy liberałów. Kontrowersyjne poglądy.

3. Bo nic nie jest czarne ani białe. Każda sprawa ma wiele warstw, wielu uczestników, potencjalnych komentatorów - ile ich, tyle perspektyw. Bo od dziennikarza zależy, w jaki sposób opowie historię. To wielka odpowiedzialność. Mało który potrafi pisać dobre, pozornie najprostsze newsy. Rozpanoszył się ohydny, stronniczy, charakterystyczny dla tabloidów język, nawet już w telewizji. Bleh...

4. Bo możliwość komponowania słowa.

5. Bo rozmowy z artystami, ulubionymi nieraz. Spełniłam swoje szczenięce marzenia nawet kilkakrotnie. + twarda szkoła edycji wywiadu, który trudno okroić do wymogów czasowych i przestrzennych, ale trzeba.

6. Bo zabieganie. Wywiad tu, audycja tam. Autobusy i tramwaje, z zajęć na wywiad, a po wywiadzie relacja. Super życie (raz na jakiś czas).

7. Bo tworzy się opinie, które ludzie powtarzają. Można czyjeś dzieło dosadnie, legalnie, bez skrępowania i dyplomatycznych wypowiedzi, ocenić. Przejechać po szmirach, uwidocznić megalomanię. Dla własnej satysfakcji.

8. Bo wszechstronność. Jaki inny zawód dla kogoś, kto interesuje się światem? Podróżnik? Ten nierozerwalnie łączy się z dziennikarstwem, nikt za nic kasy na wojaże nie dostaje. Dziennikarz to człowiek renesansu. Potrafi nazwać poszczególne komponenty systemu fotowoltaicznego. Zna wszystkie eventy cykliczne w danym mieście. Wie, w jaki sposób prawidłowo dobrać stanik.

9. Bo pasja. Który dziennikarz nie lubi swojej pracy? Nie spotkałam nikogo, kto profesjonalnie ów zawód wykonywałby na "odwal się". Nie mówię o copywriterach z babskich tygodników, tylko dziennikarzach. Szczególnie tych leciwych.

10. Bo rozrywka. Każdy dzień przygodą, na dniu się zresztą nie kończy. Relacje z imprez, koncertów, ba! przedstawienia szkolnego teatrzyku nawet - sama przyjemność. After party po konferencjach, bezproblemowe wejścia tam, gdzie są płatne lub vipowskie. Tak żyć.

Mark Rufallo - pierwszy z lewej, budzi moje zaufanie we wszystkich filmach. fot. religionnews.com
Szumi mi w głowie, szumi mi w sercu.
Ten film powinni oglądać studenci na zajęciach. To jest dziennikarstwo, to!

-----

U mnie się pogubiło, pomieszały się priorytety.
Tęsknię za wszystkimi wymienionymi powyżej. I mam konflikt.
Copywriting pozwala samemu dobierać klientów, poczuć niezależność.
Do podległości nie wrócę.

if(journalism = true){

blog Zapipidopustkowie;

Zapipidopustkowie = Zapipidopustkowie + interviews + reviews + serious_articles + news;
return Zapipidopustkowie;
}
else
return null;

Tak zrobię, dajcie chwilę.

-----

Polecam dziennikarstwo.
I "Spotlight".

PS. Ważne pytanie - czy znacie kogoś, kto na blogu uprawia rzetelne dziennikarstwo?
Uwielbiam pisać recenzje. Tylko czy Wy, drodzy czytelnicy, chcielibyście czytać tutaj wypociny na temat dzieł filmowych i literackich? Nie tymże blog stoi.

Anyway, (pseudo)recka będzie.

-----

Zanim urodziła się K. myślałam, że jestem zorganizowana. Wiecie, 5 godzin pracy tu, 8 tam, potem jakieś sprzątanie, ogarnianie, goście, wyjścia i sprawy.

Po porodzie nastał wielki chaos.

Co to był za kołowrót... Dzień mijał na karmieniach, lulaniach, praniach, bieganiach. Cały dzień, w kółko to samo, wstawanie skoro świt i chodzenie spać z kurami, żeby sił starczyło na nocne pobudki. Był moment, gdy spanikowałam, że już nigdy nie wyjdę na zewnątrz w letni wieczór. (Wiecie, jak jest z hormonami).

Powoli wszystko się wypracowało. Wypracowałam, wypracowaliśmy. Godziny drzemek, jedzenia, nauka samodzielnego zasypiania. Korzystanie z każdego wolnego kwadransu, minuty, sekundy nawet, żeby obejrzeć ostatniego Wieśka Wszywkę, zjeść, ogarnąć pokój, umyć zęby, wyprać ciuszek. Wtedy jeszcze nie wyobrażałam sobie powrotu do pisania. Bo kiedy?

Czas znalazł się sam. Im większa rutyna, tym więcej. I chciałam zrobić jeszcze więcej, i jeszcze. Pracować, sprzątać, gotować, udzielać się społecznie i towarzysko. Wszystko, opiekując się K. Wiadomo, nie wychodziło. Wieczorami pozostawała frustracja.

Przez przypadek wpadłam na Happy Planer i zakochałam się od pierwszego wejrzenia.






Planer dzienny, czyli z dniem na jednej stronie (wyjątek: w weekendy dwa dni na jednej) ma dokładnie tyle miejsca, ile mi trzeba, by wciąż było przejrzyście. Prócz harmonogramu, na każdej stronie znajduje się lista spraw z krzyżykami do odhaczania. Do tego cytat, rubryka "dziękuję za", miejsce na wydatki, notatki, określenie priorytetów, codzienną przyjemność, coś dla zdrowia, zbliżanie się do założonego wcześniej celu, a nawet kółeczka do odhaczania ilości szklanek codziennie wypitej wody. Motywacja działa jak naklejki, wręczane ośmiolatkom na nabożeństwach różańcowych. Działa.



Gdy doszłam do ceny tego niezwykłego kalendarza (w mojej wersji 120 + przesyłka), nie było już powrotu. Nie zabolało tak bardzo, bo miałam zachomikowane na coś, co i tak mi się teraz nie przyda. Ale 120 PLN za, mimo że wysokiej jakości, kalendarz?!
Sprawiedliwie. Chyba. Choć bije po oczach.

Bo HP to nie tylko dzienne plany, ale również plany roczne, miesięczne, listy typu "100 rzeczy, które zrobię w tym roku", mapa celów, wartości, własny manifest, a także superanckie wyzwania miesięczne. Określasz, co chcesz osiągnąć za miesiąc, opisujesz tę idealną sytuację, po czym ustalasz małe kroki do wykonywania na co dzień.

//Aktualnie chwytam chwile, coby teraźniejszości nie zagubić. I uzupełniam witaminy.

Czego się przyczepię? Nie podoba mi się unosząca się nad nim otoczka kobiecości - to produkt kierowany do kobiet. Z drugiej strony, któremu facetowi chciałoby się zapisywać codziennie tyle rzeczy? Na grupie HP na Facebooku (wstęp tylko dla posiadaczek) dziewczyny narzekają na różne drobnostki - a że miejsca na notatki za mało, a że za dużo stron z marzeniami, a że nie ma listy filmów do obejrzenia. Mi trochę szkoda czasu na narzekanie.

Podsumowując:
Bosz, jak człowiekowi lżej, gdy tak wszystko uporządkowane!
Może nie ogarniam wiele więcej, ale na pewno spokojniej. Wiem, że się nie zagubię.

PS. Sorki, jeśli brzmię reklamowo, jak nie ja (to żaden artykuł sponsorowany!), ale jaaaram się.

A jak Wy się ogarniacie?


Nie ja wybieram kolor, kolor wybiera mnie.

-----

Siedzę i wewnętrznie piszczę z zachwytu (żeby nie obudzić K.). Dlaczego?

Spójrz w prawy dolny róg strony.

To ostatnie zapinowane przeze mnie obrazki, świadczące o umiłowaniu meksykańskiego stylu wystroju wnętrz.



Zaczęło się od Fridy. "Fridy". Podziwiałam surrealistyczne dzieła sztuki, ale i te sztuki użytkowej - stoliki, krzesła, komody, płytki kuchenne i freski na ścianach. Żółto-niebieskie elewacje, różowe kanapy z czerwonymi poduchami (choć na co dzień na podobne połączenie robię krzywą minę) i kwiaty wystające z pustych oczodołów ceramicznych czaszek.

W gimnazjum miałam jaskrawopomarańczowe adidasy, które mogły służyć jako odblaski.
W liceum nosiłam ubrania tak kiczowate, że hejterów bolały oczy.
Na studiach podkreślałam też kredką tak lazurową, że nikt nie zauważał innych detali mojej twarzy.

Przesadzam.

The point is, z szaractwem mi nie po kolei.

Więc mi wszystko w pokoju jarzy kolorami, a w mieszkaniu jarzyć będzie.

A że to już bliżej niż dalej, oglądam obrazki, a w głowie buduję obrazy. Jeśli natkniecie się w sieci na ładne detale w stylu meksykańskim, wrzućcie linka.

fot. www.casacastillo.com
PS. Nie wiedziałam, że można zachorować na kibel.


Dlaczego, kobieto, chcesz oszukać siebie i grono uprzywilejowanych czytelników?

-----

Od kilku dni kminię dla Was tematy. Co by tu jeszcze o Zapipido? O czym nie napisałam przez te prawie dwa lata?

Blogerzy piszą o tym, czego doświadczają na co dzień. Założeniem mojego blogaska było opisywanie najbliższego otoczenia, tyle że wiele się zmieniło, a właściwie wszystko.
Nie biorę udziału w mini-libacjach, ograniczam brzydkie słowa, jakoż i bliski kontakt z osobami, które mogłyby zranić delikatne dziecięce uszka (buu, koniec podsłuchiwania pod sklepową altaną!). Nie mam czasu na wsiową włóczęgę...

sama. Bo z wózkiem mam czas zawsze. Ale jeśli z wózkiem, to w jasno i byleby gradem ani żabami nie biło, reszta obojętna.

Rzeczony

Skorpiony są uparte, a ja kiedyś powiedziałam sobie, że nie chcę być blogową mamą. Żadnych parentingów, zdjęć mojego Potwora, gaga-gugu i te sprawy. Żadnych „śmiesznych” dialogów rodem z „Chwili dla Ciebie”. Niepozwalanie, by mój dzidek właził mi na bloga.

Blać, najgorzej przegrywać ze sobą.

Prawda jest taka, że dziecko zabiera duuużą część życia, przynajmniej teraz. Podróżuję z fotelikiem, a piszę z jedną ręką w łóżeczku. Chodzę z kółkami i śpię z przyssawką. Cudownie jest, ale jak ciągnąć stylistykę bloga bezdzieciowego, niezależnej, nowoczesnej, niefeministycznej kobiety? (buhaha) Czy w Gwarownikach ukrywać obecność głównego tematu rodzinnych rozmów? Rozmów z sąsiadami? Z obcymi ludźmi, z którymi omawiam godziny snu mojej córki?

//Print white_flag;

Kapituluję. Będziecie musieli znosić wplecioną tu i ówdzie (czytaj: wszędzie) K., jako i ja znoszę codzienne z nią obcowanie, wychwalając genialny wynalazek zatyczek do uszu. Jak dorośnie, to się pokasuje.

Jestem, kurrr zapiał, matką.
To dla mnie jak coming-out.

PS. Czy jest na sali psycholog, który mi powie, dlaczego się wzbraniałam?
Miłość.

-----

 - Że też mu się chce - myślę, kiedy przynosi mi odłupaną mandarynkę, żebym miała jakieś witaminy. Albo rozkazuje, żebym coś zjadła. Czy mnie by się tak chciało?

Dostaję śniadanie, uśmieszki, buziaczki.
Wkurwień masę, nerwy mi szarpie.

I tak się zdarza(łoby, gdybyśmy mieszkali w UK)

Zaskakuje po dziesięciu latach.
Wiem, że nigdy do końca go nie poznam, co wychodzi na dwie strony.

- Po latach nie ma już miłości między wami! Ja do swojej żony przyzwyczaiłem się jak do psa, albo jak do kanapy! Masz i koniec, takie jest życie! Trzeba myśleć o sprawach przyziemnych!

Bywa i tak.

Jak rozróżnić... Miłość czy przyzwyczajenie? A może uzależnienie?

//Miłość to rozdmuchane słowo, nadużywane, aż sztuczne. Dlatego może niektórzy brzydzą się nią, mówią: miłości nie ma. Jest zakochanie, potem przyzwyczajenie.

Bo bez niego bym nie przeżyła.

Bez Internetu też nie, bez łóżka prędzej. 1. uzależnienie, 2. nawyk.

-----

Zaczęłam pisać ten tekst ze 4 dni temu. Od tamtej pory - jedna wybuchowa kłótnia, jedna kłótnia mniejsza (15 minut), kilka drobnych sprzeczek.

Zebrałam op***ol, jak i go udzieliłam.

Masę żartów i tarzanie się po podłodze.

[cenzura]

Choć raz prawdziwe serce w naszyjniku. Idealny prezent na Walentynki


-----

Miłość jest rozwałkowana, cienka jak naleśnik. Czy może zakochanie to stan tak intensywny, że można nazwać go prawdziwą miłością? W takim razie miłość zawsze ma jakiś koniec - bo i zakochanie się kończy. Choć i w zaświatach pewnie nie kochamy, a raczej nie kochamy miłością do drugiej osoby, bo sami jesteśmy ponad-miłością. Ponadmiłością.

Skąd mam wiedzieć, co jest między nami? Czym objawia się dla Was "miłość"?

PS. Czy bredzę?


Mimo wszystko, zdecydowanie preferuję jesień. Czy życia, to się okaże.

-----

AAAAA!%&$^&(*)*))@!

Jestem Skorpionem, więc moje życie to ciągła walka.
Jestem Skorpionem, więc nigdy nie zaznam spokoju, bo ciągle będę prowokować kłótnie.
Jak to? Ja? Pozornie spokojna?
Podpadnij intencjonalnie, a znienawidzę na długo. Potem wybaczę, ale nie zapomnę.
Zrób dla mnie coś miłego, a cię pokocham.

Proste, prawda?
Niesamowite, jak znaki zodiaku decydują o życiu.

-----

boolean laughing;
string text;

if (laughing = true){

string text = "leave immediately";

}
else {

string text =  "stay and we begin talking";
reading();

}
//metody reading() nie będę dopisywać, polega na tym, że zostajesz i czytasz

-----

Jako Skorpion nigdy się nie wypalę, będę walczyć do ostatka. Tylko czy życie polega na walce? Skorpiony zamiast cieszyć się dniem codziennym, bzdurają sobie, że muszą przepracować chociażby o minutę więcej czasu ustawowego, by przeżyć. Że muszą być najlepsze. Że muszą być tam i tu jednocześnie, bo coś stracą. A gdy już są, to nie myślą o tym, gdzie są, tylko co zrobić w dalszej kolejności.

Lubią skrajności. Skwierczące lato i trzaskającą zimę.
Wielką namiętność i przywalić z całej siły. (Najlepiej naraz).
Poezję śpiewaną i heavy metal. Płakać i śmiać się.
Party hard i domowe ciepło.
Polski i matematykę.

Lubimy wszystko, co na przeciwległych końcach, nigdy pośrodku.
Nie bierzemy sosu mieszanego do kebabów ani nie mieszamy białego z czarnym.
Gdy coś idzie nie po naszej myśli, świat wali się na głowę, a gdy ktoś się do nas uśmiechnie, widzimy jednorożce.

Za niedługo dostanę fioła sama ze sobą.

Właściwie to już mnie przekręciło. A było trudno wybrać fotę, bo wszystkie Sami Wiecie Obślinionego i Ząbkującego Kogo.

-----

A co w Skorpionach najlepsze?
Że niby odważne, a siedzą sobie w swoich małych norkach i knują przeciw światu.
Jako i ja teraz czynię.

P.S. Kto Skorpion?
P.S.2. Czy i Biblia nie zakazuje pozostawania letnim?







Ostatnio czytam WYŁĄCZNIE blogi parentingowe. Niektóre tak żenujące, że wstyd się przyznawać. Tu parentingu nie będzie, bo na dzieciach się nie znam, tylko na swoich.


Widzę Zapipidopustkowie w zupełnie nowy sposób. Rok temu postrzegałam je, mimo wszystko, jako Zadupiewie. Dziś to kraina mlekiem i miodem płynąca.

//Miodem nie. Miód to silny alergen, nie wolno!

Idąc dalej tym tropem, należałoby do śmieci wyrzucić wszystkie teorie na temat tego, gdzie lepiej. Lepiej robi się, gdy dom się wypełni.

Ukazały mi się inne perspektywy. Co tam komunikacja do miasta, sieciówka za płotem, ruch uliczny na całego, skoro priorytety to: świeże powietrze, spokój na ścieżkach i zazierające do gondoli słońce. (Tak, mieszkam w Wenecji i pływam gondolą, hje hje).

Zmieniły się też obiekty wkurwu. Top lista na listopad:
  1. Psy, które alergię na żółty kolor objawiają silnym ujadaniem.
  2. Motocykliści.
  3. Traktorzyści.
Panowie trąbiący, nie zapomniałam o was, choć spadliście w notowaniu oczko w dół.

Nie wkurwiam się jednak często, gdyż spacerowanie po wsi to teraz sama przyjemność. Dzieci zaczęły mówić mi „dzień dobry”, a starsze panie i panowie gawędzić o głupotach. Niektórzy pochwalają pomysł hartowania („Trzeba, trzeba”), inni wyrażają delikatną obawę („Temu dzieciątku to nie zimno?”), pozostali w liczbie nikłej nie ukrywają zmartwienia („Zmrozisz ją!”). W końcu na polu tylko 10 stopni.

Wyszło szydło z worka, ludzie są zacofane. Tyle się teraz mówi o równości, walczy nawet okutana Malala z Dzikiego Wschodu, a w nerkach Europy na słowo „dziewczynka” słyszę: też bedzie. I to od kogo? Od ojca pięciu córek.

-----

public aktualizacja_toplisty
{
toplista(3) = „3. Myszy w elewacji drewnianej”;
}

Gryzonie chrupią i drapią w kluczowym momencie zapadania w twardy sen.
Oczywiście nie w mój, pal licho mój.

-----

Na allegro przeglądam śpioszki, na szmatkach szukam śpioszków, składam, piorę, oszczędzam sobie prasowanie czego? Śpioszków. Znam różnicę między body, pajacykiem a rampersem. Skoki rozwojowe jeszcze nie minęły, a już przygotowuję się psychicznie na bunt dwulatka. Zmęczenie, rutyna, a mimo to częściej się śmieję. Płacz, krzyk i brudne pampersy, ale jestem w raju. A najważniejsze...

Stałam się lwicą jak mój mały Lewek.

Nie taki mały, nie taki Lewek.
-----

Prawda, że wszystko się zmieniło?
Najlepsze swojskie - tak mówio.

-----

A swojskie na wsi swobodnej, wsi wesołej.
Tylko co?
W mojej lodówce mleko nie bezpośrednio od krowy, ale z krową na woreczku.
Masło w złotku, twarożek w folijce.

//Dobra, przyznaję. Twaróg był swojski, masło też (choć nie nadawało się na kanapkę), ale teraz nie ma, bo krowa, u której kupowaliśmy, się cieli. Przechodzi proces wydawania na świat potomstwa, o.

Woda w butelce. Nie ryzykowałabym picia z kranu, aczkolwiek wielu nic nie jest. Ze studni - woda dzieciństwa, zatrważająco zimna, choć dziś trochę obawiam się tego, co w niej pływa. Widzicie, co strach przed bakteriami XXI wieku robi z wsią?!

Jaja swoje! A raczej babcine. Różnice między takimi a sklepowymi widać na pierwszy rzut oka.

Swoje, a jakże! A fotkę robiła jeszcze różowa Nokia Asha z klawiaturą qwerty.
Truskawki swoje, maliny swoje, czereśnie swoje - zarąbiste. Właściwie to chyba nigdy nie jadłam nieswojskich. Nie mam porównania.

Ziemniaki swoje, choć powoli przestają być. Bo komu się chce? Zwierzęta wyprzedane lub umartwione, dla ludzi wystarczy aż nadto. Nawet starsze, przywiązane w borynowski sposób do ziemi pokolenia widzą, że szkoda zachodu.

Buraki -||-
Marchew -||-
Sałata -||-

Jak jest z kontrowersyjnym mięsem? Od dziecka jem tylko sklepowe, bo nawet babcine kury dożywają późnej starości i kończą we wspólnej mogile.

Do obyczaju należy jednak u wielu kupowanie utuczonej świni, a następnie zawożenie jej do rzeźnika. Wynik? Wypełniona mięsem zamrażara w suterynie. Bleh.

Zdarza się nam pędzić bimber, zrobić wino lub nalewkę.

Chleby częściej pieką w mieście.

A ilość chemii równa tu i tu.

-----

Lubicie swojskie? A co konkretnie?
Byle nie ciepłe mleko prosto od krowy, fuj...


author
Berenika Kochan
Mieszkam na Zapipidopustkowiu. Chcecie wiedzieć, gdzie to jest? Poczytajcie i domyślcie się. Poza tym interesuję się światem: krajami, językami, zwyczajami i dogadywaniem się na polu międzynarodowym. Ciekawie tu, nie powiem.