Witaj na Zapipidopustkowiu!


Nie wiem, czy u Kereta coś kończy się szczęśliwie. Neutralnie, negatywnie, tak. Melancholijnie, refleksyjnie, nagle, okrutnie, na pewno. Jednak gdy zaczynasz czytać jego opowiadanie, nie myślisz o happyendzie. Tak wciąga, wbija Cię pierwszy akapit, że nie myślisz o niczym innym.

To nie jakiś pierwszy z brzegu facet mówi, że ma depresję. To mój brat, i on chce popełnić samobójstwo. A ze wszystkich ludzi na świecie wybrał właśnie mnie, żeby to opowiedzieć. Bo mnie najbardziej kocha, i ja jego. Tak to wygląda. To nie byle co.
"Mój brat ma depresję" 
Kereta uważa się za skandalistę. Dlaczego? Bo otwarcie pisze o fizjologii. Nie wstydzi się rzygów, pierdów, beknięć. Zamieszcza w swoich opowiadaniach sceny rodem z "American Pie", smaczniej. Na tyle, na ile można nazwać tak opis lizania przez psa ludzkich genitaliów. (Teraz i ja jestem skandalistką, tak?). Jak dla mnie, to normalny facet.

Ma zdania-genialności.

Miała jakiś taki wyraz oczu, na wpół rozczarowany, na wpół a-co-to-w-końcu-za-różnica? Jak ktoś, kto się orientuje, że przez pomyłkę kupił mleko odtłuszczone i nie ma siły wrócić i wymienić.
„Przez ściany”
Świetnie wychodzi mu zarówno realizm, jak i abstrakcja. Nie bez wpływu na połączenie tych cech jest miejsce zamieszkania. W Izraelu, w poczuciu ciągłego zagrożenia, ciężko żyć przyziemnie. W kotłowaninie narodowości, racji i skrajnych poglądów, Keret musi być też gorzki.

fot. Nuka Gambashidze

Ale w wywiadzie dla Magazynu "Książki" daje praktyczną poradę - jeśli wrogość do jakiejś osoby nie daje Ci spokoju, napisz opowiadanie z narratorem, wchodzącym w jej buty. Gdy spojrzysz na świat oczami nieprzyjaciela, napięcie opadnie.

//Kto chce spróbować?

Rozmawiam z nią trochę – o tym, co przeczytam w gazecie, o innych ludziach siedzących w kawiarni, o ciastkach. Czasami nawet udaje mi się ją rozśmieszyć i kiedy się śmieje, robi mi się przyjemnie. Już kilka razy chciałem zaprosić ją do kina, ale kino to tak za bardzo prosto z mostu. Kino to jeden krok przed kolacją w restauracji albo propozycją, żeby poleciała z tobą do Ejlatu. Kino to nie coś, co otwiera na wiele opcji. To jakby powiedzieć: „Mam na ciebie ochotę”. A jeśli nie jest zainteresowana i powie nie, to już graniczy z nieprzyjemnością. Dlatego pomyślałem, że zaprosić ją na jointa będzie lepiej. W najgorszym razie powie „nie palę”, a ja jakby nigdy nic rzucę jakiś żarcik o ćpunach, zamówię kolejne małe espresso i wszystko będzie toczyło się dalej.
„Tam, gdzie rośnie zioło”
Ciężko trochę pisać o gościu, którego nie znasz osobiście, tylko przez pisanie właśnie. Niemniej w serii "Zapipido o słowie" prezentuję samych geniuszy, także możecie brać (czytać) w ciemno. I opowiadania są fajnej długości - niektóre w sam raz na 3 minuty, niektóre na 10.

//Sam Keret chwalił się, że z tego powodu jego tomy dużą popularnością cieszą się w izraelskich więzieniach. Opowiadania trwają tyle, ile spacer z celi pod prysznic.

Kolejny post z serii "lekkie", "popowe", "populistyczne".

-----

To nie jest tak, że jesieni nie lubię. Jak leje deszcz, to jestem pierwsza na polu, z parasolką, kaloszami i wózkiem.

//Jak to ładnie skwitował sąsiad:
 - Nawet w taki deszcz dziecku nie odpuścisz.
Biedne dziecko.

Lubię kolorowe liście i jak się robi chłodno. I od lata do jesieni przeszłam na tyle płynnie, że dopiero w październiku spostrzegłam się, że... zwiędłam.
Przeciągając lato na maksa, wypaliłam się trochę.

-----

CZAS ODRODZENIA. I będę sobie pobłażać.

Oto moje sposoby na przetrwanie jesieni (mam nadzieję, że coś podpowiem).

1. Herbaty.

Przyjemność i konieczność. Smakowe z Liptona i z Lidla, rozgrzewające z miodem i cytryną. W tym miejscu chciałabym serdecznie pozdrowić moją siostrę Annę, której nawyki drinkowe niezmiennie mnie dziwią. Robi sobie dwie herbaty na raz: czerwoną i zieloną, pijąc je po kolei. Dość wspomnieć o jej najsłynniejszym napoju, na który składa się pół szklanki wody z kranu + pół szklanki wody z czajnika.

I patrzcie, sezon się już zaczął.

2. Pościel i koce

Nie żebym miała czas wylegiwać się w łożu, ale zawsze przyjemniej, gdy jest ładne.
Nie ma to jak spać całą rodziną w wielkim łożu małżeńskim, pod pościelą w słoniki.
Nie ma to jak, pisząc tego posta, otulać się od stóp do głów kocem.

Ciepełko...

3. Telewizja prywatna, polska i amerykańska

Serialomaniacy czekają na jesień i nową ramówkę, toż to Ziemia Obiecana.
Mnie od nudy ratuje (jak zawsze) Top Model i po raz pierwszy Azja Express. Pisałam kiedyś pościka na fejsie o moich wrażeniach z tego programu. Konkluzję mam następującą: robią wiochę, prawda, czasami wstyd to oglądać, ale się ogląda - i cieszy, śmieje, kręci głową. Moje nieoglądanie kierunku, w jakim podąża komercja, nie uratuje. Przepraszam (nie przepraszam) za taki pogląd, po prostu też potrzebuję prostej rozrywki, jak styrane Japońce (rasizm? pardon).

Zara, zara, jeszcze nie koniec dobrego oglądania.

A moje ukochane Shameless amerykańskie? Po raz pierwszy nowy sezon zaczął się jesienią, w dodatku wiadomość dla wtajemniczonych: Mickey's back! #gallavichforever Fajnie się ogląda te pierwsze odcinki siódmego sezonu. To taka cisza przed shitstormem.

Jeszcze, jeszcze... Jeszcze Jane the Virgin, która pod koniec ubiegłego sezonu wreszcie miała stracić status dziewicy (wyobrażacie sobie takie statusy na fejsie? hehe). Nie udało się, jak zwykle. Perypetie rodem z latynoskiej telenoweli, formuła również, ale ogląda się świetnie, bez zażenowania. Kto by pomyślał.

4. Nowe

Zapisałam się do Klubu Pisarskiego. Co tydzień nowe zadanie plus co cztery tygodnie polecajka książkowa. Jak napisała jedna z dziewczyn w naszej zamkniętej grupie, faktycznie czuję się jak przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego. Nie mogę się doczekać, proza ostatnio we mnie hula i trudno mi myśleć inaczej niż literaturą. Z masochistyczną przyjemnością przyjmę wszelką krytykę.

5. Nadzieja

A, bo wysłałam moje dzieło na pewien konkurs. Mam nadzieję, że albo się spodoba albo wyśmieją. Jak ja nie lubię obojętności!

6. Wyjazdy, wyjścia, out

Bo jesień przecież da się oswoić, nawet taką z deszczem, mrozem, huraganem. Jesienią przepięknie wyglądają skanseny, a i muzea prezentują się tak, jak zwykle - całkiem ciekawie. Kawiarnie wydają się bardziej przytulne (K. ostatnio zrobiła "rozróbę" - oczywiście pod moim okiem - w kąciku dziecięcym. Ona sobie w życiu poradzi). I ogólnie nie ma co siedzieć w domu, nawet z bolącym gardłem. A takie mam, opatulam się po uszy, i wychodzę.

-----

A jakie są Wasze sposoby na ujarzmienie jesieni?

Sorry za ten wpis, naczytałam się parentingów i lajfstajlów...

Znacie ulubione zajęcie ludzkości? Pouczać i krytykować, jako i ja kiedyś chcę.

-----

Nie jestem jeszcze alfą i omegą słowa, choć powoli wspinam się na tą Fidżi. (Tę! A cóż to za metafora?)

Uwielbiam pisać, powtarzałam setki razy, ale prawdziwą wisienką na torcie jest dla mnie korekta. Poprawianie, sposób na dowartościowanie. (Metafora już zużyta. Po co rymy w tekście literackim?)
Eliminowanie powtórzeń, dodawanie przecinków, zmiana szyku zdania, stylistyki, estetyki. Marzenie...

Moje marzenie poboczne - uczyć pisania. Być takim profesorem Keatingiem ze "Stowarzyszenia Umarłych Poetów", który kazał uczniom stawać na ławkach. Pokazać, że słowo to oręż, którym można sobie wszystko wywalczyć. Ton, język grupy docelowej, element zaskoczenia i inne taktyki w celu zapewnienia sobie fajnej pracy, napisania przejmującego listu do ukochanej osoby, dowcipnego wierszyka na Walentynki, ach... Powiedzcie, czego napisać nie można?

Nie jako ucieczka od mówienia, choć w wielu przypadkach zachodzi konieczność.

//gdy tchu braknie, bo płacz zabiera; gdy ktoś nie mówi od urodzenia; gdy słowami brzmi lepiej niż w mowie (a tak może być zawsze); gdy zapach papieru i dźwięk skrobania lub klepania milszy niźli głos własny

Nie ma dla mnie innego zajęcia niż pisanie, a od samego wklepywania słów w monitor też trzeba odpocząć. Trzeba się zabrać za innych pisanie.

I chciałabym, naprawdę bym bardzo chciała, móc kiedyś z pewnością siebie, wiarą i czystym sumieniem pójść do placówki edukacyjnej i powiedzieć: Dajcie mi wakat. Mogę uczyć pisania, za darmo! MAM KOMPETENCJE.

Obawiam się jednego. Pisarz czy redaktor nigdy nie stwierdzi, że to już. Że to szczyt jego możliwości, bo zawsze można bardziej się wysilić, większą wenę złapać za skrawek unoszącej się ku niebu szaty.
Będę wtedy czekać cierpliwie, pisząc codziennie, na jutro, które nigdy nie nadejdzie.

Kopnij mnie ktoś we właściwym momencie tam, gdzie słońce nie dociera.

Bo nawet tak trochę wyglądam. A tak serio, to na gratisography nie było ilustracji związanej z pisaniem.


-----

Dlatego mocno zastanawiam się nad dołączeniem do Klubu Pisarskiego online.

Brać? A może ktoś z Was się skusi?
Naturę niewątpliwie mam destrukcyjną, a jej rozwojowi sprzyjają pewne okoliczności.

1. Dziecko
2. Praca w domu
3. Ambicje jak stąd do nieba
4. Samo(i innych niestety)dyscyplina
5. Liczne pasje

-----

Nie narzekam. Mogę tyrać przez cały dzień z uśmiechem na ustach, bo energii mam aż nadto. Lubię się ruszać, wychodzić z domu, to biegam za K albo ją gdzieś wywożę.; lubię gotować, to gotuję niekiedy dwa obiady; lubię pisać - wiadomo, piszę rano, popołudniu i wieczorem; lubię prać, sprzątać, czytać, remontować, kupować i wiele innych rzeczy. (Jedyne co mi przychodzi do głowy, to nie lubię marnować czasu, co po urodzeniu dziecka jest dla mnie grzechem śmiertelnym).

Znacie to? To prosta droga do zajechania, nawet Skorpion wysiądzie.

//Słyszeliście o zmianie znaków zodiaku? Mało co mnie wnerwia, ale to... 

Dlatego od czasu do czasu muszę się ratować. Jak?

1. Oddychaniem. To sposób najbardziej naturalny - gdy chcesz się uspokoić, oddychasz głęboko. By odzyskać harmonię w życiu, poświęć codziennie kilka minut na oddychanie. Połóż się na płaskim podłożu, na brzuchu połóż średniej ciężkości książkę i oddychaj jak najgłębiej, unosząc ją przy wdechu. Szybko załapiesz, o co chodzi. Uwaga! Grozi zaśnięciem.

źródło: https://nerwicapokonalem.wordpress.com/oddychanie-przeponowe/


2. Melisą. Przed spaniem albo w ciągu dnia, wypitą choćby zimną. (Która matka pije ciepłe? Założę się, że cappuccino, które tu sobie zaraz przyniosę, skończy pewnie w zlewie, bo K. się obudzi). Melisa robi takie ciepło w sercu i odgania kołatanie. Jak wypiłeś melisę, to przecież MUSISZ zasnąć.

3. Magnezem lub żelazem. Już znam mój organizm na tyle, że wiem, kiedy czego brakuje. Żelaza: ogólna słabość, pojawiające się przed oczami niebieskie kropki. Magnezu: kołatanie serca, mrowienie w kończynach dolnym, drżące ręce. Jak by to powiedziała Brodka, "wygodnickie lęki". Fajna piosenka mi się skojarzyła, obczajcie:


4. Świadomością chwili. Ostatnio popularne pod nazwą treningu uważności. Chcesz spróbować teraz? Ok. Pomyśl sobie: "oho, czuję, że jestem. Czytam fajny post na blogu i jest fajnie". Najmilej łapać chwile niecodzienne. Moje ostatnie (z tego tygodnia): zapach lasu, lody miętowe z czekoladą i kokosowe, leżenie na nowym ogromnym łóżku, opalanie się w piaskownicy gdy K. spokojnie się bawi, smak zupy z cukinii... Z jednego dnia nałapać można mnóstwo, a potem wyciągać na rozweselenie jak dżem ze słoika. Pisałam kiedyś o łapaniu chwil.

5. Filmem lub serialem. Jak mnie wciągnie, to nie ma zmiłuj, robota idzie w las. I dobrze, od czasu do czasu "Top Model" czy "Voice of Poland" są wybawieniem narastającej frustracji. Nie ma to jak niezobowiązująca rozrywka.

6. Wychodnym. Kilka godzin na zakupach lub pogaduchach ma podobną moc.

Łapka w górę, jeśli na własnej skórze odczuwacie, że nie trzeba pracować w korpo, by się zajechać. Jakie są Wasze doświadczenia?
Celowo części tytułu oddzielone są kropkami. To znak, że można się puknąć w czoło.

-----

Podróżowaniu z dziećmi najmniejszymi poświęcono setki artykułów blogowych i prasowych, tysiące liter na forach. Jechać czy lepiej dać sobie spokój? Do Turcji, do Egiptu, do Chin czy Tajlandii? Kiedyś nie myślałam o tym wcale. Następnie: chyba jednak trzeba będzie poczekać. Później odkryłam The Family Without Borders i pomyślałam: jak oni dają radę, to my nie damy? A potem narodziła się K. i przekonałam się, że nie wszystkie dzieci są takie same. K., na ten przykład, to dziecko ruchliwe.

Takie, które odkąd poznało kryjącą się w odnóżach moc, nie usiedzi. Chyba, że je.
I weź tu takie zamknij na kilka/naście godzin.

Opcje podróży nad morze zawęziliśmy do:
 - samochodu nocą (zmęczony kierowca; ryzyko, że K. obudzi się w środku nocy i będzie chciała rajcować na leśnej drodze; wypadki losowe z winy samochodu, mało komfortowe);
 - pociągu (szybciej niż samochód, więcej miejsca na osobę (choć mogło się zdarzyć i tak, jak w promocyjnym kursie z Rzeszowa do słowackich Medzilaborców - 5-ciogodzinna podróż na stojąco, której, na szczęście, nie odbyliśmy), koszt porównywalny do kosztów paliwa lub nieco mniejszy).

Padło na Pendolino z Rzeszowa do Gdyni. Ośmiogodzinna trasa, przedział rodzinny.

Przekopałam wcześniej Internet wzdłuż i wszerz. Jedna z blogerek pisała, że przedział rodzinny oznacza cały przedział dla matki i ojca z max. dwójką dzieci. Nie można go zarezerwować ani kupić nań biletu przez Internet (bez komentarza), zatem miesiąc przed terminem wyjazdu udałam się na dworzec PKP. Pani (jak zawsze w PKP, "miła") poinformowała mnie, że dziecko nie dostanie w przedziale miejscówki. Bilety trzy sprzeda, miejscówki dwie. Dobrze, że K. i tak by tego miejsca nie zagrzała. A w drogę powrotną miejsc nie ma. Po prostu nie ma.

Przedziały rodzinne Pendolino zajmują osobny wagon, co jest niezwykle wygodne dla rodzin i reszty pasażerów, z wiadomych względów. Na korytarzu w wagonie rodzinnym panuje dzicz, co mnie i K. bardzo odpowiadało. Dzieci raczkujące i chodzące, również te najmniejsze, zapoznają się i wymieniają się zabawkami. Rodzice uśmiechają się do siebie. Pełna kultura przy akompaniamencie żłobkowego gwaru. Wiadomo, dziecko zamknięte szybciej zmęczy się niż zamknięty dorosły, jednak nawet małą torpedę da się jakoś opanować, nie ograniczając jej na każdym kroku. Przygotować się na fitness. I przeżyliśmy bez płaczu.

Pendolino.


Lala w przedziale, na dolnym łóżku.
W drugą stronę podobnie, choć było dłużej (13 godzin w wagonie sypialnym w TLK) i ciekawiej. Wagon sypialny naprawdę był już dla nas. Trzy "łóżka", umywalka, szafki na pierdoły, wieszaki i pan z Warsu, który podśpiewywał hity disco polo. Ponadgodzinne opóźnienie zrekompensował komfort przedziału. Było gdzie szaleć i zapoznawać się.

Czy już wspominałam, że wakacje z dzieckiem mogą być najbardziej czaderskie, pod względem liczby poznanych osób? Od hiszpańskiej rodziny, przez szaleńca wyśpiewującego numery retro na miejskiej plaży, po spoczywające na ławeczce babcie. K. zdecydowała się podbiec do wszystkich. Żadne tam "nie wolno", tak ma być.

To co, pakujemy dzieci do pociągów?
Czyli na początku chwytałam się wszystkiego, co przynosiło pieniądz. Jak każdy z nas.

-----

1. Kilku dni spędzonych na truskawkowym polu nie wspominam mile. Całe dnie zbierania niewprawionymi jeszcze rękami za marne grosze. W Polsce, 10 lat temu. Nie dlatego marne grosze. Widać nie byłam dobra w tym sporcie.

Czego mnie to nauczyło? Że by mieć uczciwie, trza się oharować. Inaczej nie beje.

Śniły mi się po nocach
2. Godzinami siedziałam przy biurku i lepiłam z modeliny... kolczyki. Jabłuszka, gruszeczki, bananki. Poniosło mnie i zrobiłam nawet Mony Lizy. Wydrukowałam obraz w formacie 2 x 3 cm (prawa autorskie wygasły, c'nie?), po czym umieściłam go pod modelinową ramą, przykrywając dla ochrony warstwą folii. Ktoś nawet kupił te kolczyki na Wizażu, tyle że... Kasy nie zobaczyłam. W końcu to była sztuka dla sztuki, nie dla pieniędzy.

3. Obrzynałam z kleju płytki ceramiczne. Łazienkowe, basenowe, takie małe kwadraciki, które miały służyć do ułożenia mozaiki. Wysuwanym nożykiem, kilkaset dziennie, znów kilka godzin przy biurku. Moje pierwsze freelancerskie zlecenie. Wyrobiłam sobie dłonie i przekonanie, że każda praca popłaca. To było niezwykle odstresowujące zajęcie.

Takie pizdułki. fot. articulo.mercadolibre.com.mx
4. Zajmowałam się transkrypcją wywiadów socjologicznych z osobami uzależnionymi od alkoholu. Przesłuchałam kilkadziesiąt godzin rozmów. Te same pytania, inne odpowiedzi. 8 na 10 rozmówców nie wykazało się elokwencją, nie sposób było zainteresować się ich historią. Pozostałych dwóch opowiadało tak, że jako pierwowzory mogliby znaleźć się "Pod mocnym aniołem". Nauczyłam się mocno wytężać słuch, pisać szybko i bezwzrokowo, maksymalnie skupiać się na pracy. I dowiedziałam się, co znaczy "zaszyć się".

5. Robiłam materiały dziennikarskie dla Radia Rzeszów. Wspominam najmilej. Wyszukiwałam nowinki kulturalne i ciekawe inicjatywy, umawiałam się z ich inicjatorami (i moimi idolami niekiedy - Grabaż, I<3U), rozmawiałam w miłej atmosferze, a potem godzinami montowałam, dopracowywałam, słuchałam. Świetna robota! Odkryłam, że mam do niej predyspozycje - umiem rozmawiać, zadbać o sprawy techniczne i pracować głosem. Głos można zmienić, serio! I wyeliminować wszystkie "yy". Kopa dawało mi to, że wielu rozmówcom trząsł się głos. To jak mój mógł wtedy? Po kilku miesiącach audycja studencka została zawieszona. Potem przywrócona, ale mnie już nie było...

6. Prowadząc bloga o pisaniu dla firmy oferującej redakcję prac wszelakich, mogłam wyżyć się kreatywnie, w mojej ulubionej dziedzinie. Tworzyłam posty odnoszące się do problemów: od czego zacząć pisanie pracy licencjackiej? Jak znaleźć dobry temat na pracę? Jak pisać dla konkretnej grupy docelowej? Trzy tematy tygodniowo, około dwanaście w miesiącu - bazy tematów wciąż nie wyczerpałam. Znów pisać o pisaniu - marzenie... Może za kilka(naście) lat, jak już będę tak serio wymiatać? W tej robocie nauczyłam się Wordpressa, systematyczności i wcześniejszego planowania tematów.

7. Obecnie zajmuję się copywritingiem freelancingiem. Koszmarek językowy, prawda? Tworzę content (brr...) na strony internetowe i do gazetek firm przeróżnych, bezpośrednio lub przez pośrednika. Marketing ostatnio artykułem stoi, więc robota dla niespełnionych pisarzyn jest. Jedne zlecenia lubię bardziej (podróże, języki, kultura, dziecko), inne mniej (mechanika samochodowa, fotowoltaika, ekonomia), ale staram się przyjmować wyzwania na klatę. Lubię to? Wciąż nie wiem. Pisać zawsze jest przyjemnie, nawet listę zakupów, więc miło i łatwo mi to idzie. Jednak to nie pasja.

Bo ja właśnie taka niespełniona (jeszcze) jestem.
Pierwszy wymarzony zawód z dzieciństwa - pisarz. I zamiast postawić na nieomylną babską intuicję, zaczęłam wymyślać. I dopiero teraz, kuźwa, 50 stron powieści zapisanych + krótki dramat, który kurzy się na dysku.
Lepiej późno, niż później będę tym pisarzem.

----

Zapomniałam o stażu w TVP i rzeszowskiej firmie produkującej apki! Jak mogłam? Nie były to doświadczenia bardzo dla mnie udane.

Za to robiłam masę mega-interesujących rzeczy za darmo, ale o tym może w #myFirst7VolunteerJobs? Ciekawe, czy hasztag chwyci.

-----

A jak wyglądały Wasze ścieżki zawodowe? Proste czy kręte? Na szczyt czy do dziury? Ciekawa jestem.
Mam skłonności do przesady, co już wiecie. Piszczenie na widok ulubionego wokalisty/aktora/człowieka będąc w wieku lat 25,5? Robię to.

-----

Mój ulubiony aktor. fot.www.backstage.com


-----

Najpierw serce, później rozum - dlatego też względem artystów wyznaję kult.


A zakłuło mnie po tym filmie, po tej scenie. I następnej, w której Dwayne mówi:

 - You know what? Fuck beauty contests. Life is one fucking beauty contest after another. You know, school, then college, then work. Fuck that. And fuck the Airforce Academy. If I wanna fly, I'll find the way to fly.

Do tej pory słyszałam to zdanie w różnych odmianach setki razy. Dziesięć lat temu było dla mnie prawdą objawioną. Może przez to w aktora wsiąkłam.

-----

Paul Dano grywa w filmach różnych, niszowych i komercyjnych, głównie jednak festiwalowych. Przeważnie postaci wrażliwe. Niekiedy tak bardzo, że przeradzają się w psychopatów. Jego bohaterowie mają problemy - z agresją, samoakceptacją, życiową pustką, blokadą twórczą. Zawsze są jacyś. Bardziej wyjątkowi niż podobne postaci grane przez bradów pitów i innych johnów, to zasługa aparycji Dano. Określanej wielokrotnie jako "brzydkiej", "ohydnej", w najlepszym wypadku "oryginalnej". Po prostu jest, ja nie wartościuję.

Tu różne jego oblicza.

Tu wyszedł bosko. fot.: www.theguardian.com
Czuję, że człowiek ów nie ma granic. Wcielając się w postaci z problemami egzystencjalnymi, zachwyca mnie ekspresją.

I mogłabym tak piać, i piać, i piać... Napisać Wam o tym, że równie świetnie zagrał samotnego pisarza, młodocianego ojca, seryjnego zabójcę i rozbitka...

Zaraz, zaraz, film o rozbitku ("Swiss Army Man") jeszcze nie wyszedł. Czekam jak na wyprzedaże, a nawet bardziej. Główne role: Paul Dano i Daniel Radcliffe, pierwszy żyw, choć chciał się powiesić; drugi trup, który ożywa. Ich wspólna przygoda w poszukiwaniu cywilizacji po katastrofie. Jak można zrobić klapę z takim scenariuszem i aktorem? Wiem, że będzie świetnie.

-----

Post trąci gimnazjum, ale wierzę, że i Wy macie ulubionych artystów filmowych.
Którzy to?
I nie chodzi tutaj o Dragon's Den Game, których pełno jest w sieci.

-----

pure Corel logo
Dragon's Den UK to niezwykle wciągający program telewizyjny, traktujący o biznesie. Koncept? Opiera się na współpracy dwóch grup: multimilionerów i początkujących biznesmenów. Drudzy przedstawiają pierwszym swoje kiełkujące biznesy, zachęcając do inwestycji. Pierwsi starają się wyniuchać interes, przekazując pieniądze na ręce najbardziej obiecujących przedsiębiorców. Każdy odcinek składa się z kilku prezentacji. Te w dużej mierze pozbawione są ozdobników (chyba że wpisują się w konwencję produktu lub usługi) - nie ma cekinów, kiczowatej muzyki, ziania ogniem (chyba) i sikania pod wiatr.

Co najlepsze?

Dragoni są SZCZERZY.

Nie lukrują, ale i nie jadą z góry do dołu po uczestnikach dla efektu medialnego. Mówią, co myślą. Nieśmiałym dodają odwagi, zestresowanym każą oddychać. Szukają złotego środka między pomocą a zwrotem z inwestycji. Kamera ich kocha, miło się patrzy. I ten cudowny akcent...

Sezonów do tej pory 13, właśnie wystartował 14. (Wrzucaj ktoś na YouTube'a, błagam!, a raczej: pls, put in on YouTube esejpi).

Sezon 13. fot: startups.co.uk


Niby nie mam na nic czasu, ale naoglądałam się sporo. I na podstawie prezentacji uczestników

//W razie gdyby ktoś zamieszkiwał Wyspy i chciał złożyć Smokom propozycję nie do odrzucenia

napisałam poradnik: jak uzyskać wymarzoną inwestycję w Dragon's Den?

1. Wyceń firmę zgodnie ze stanem aktualnym

Wykłada się na tym ok. 3/4 przychodzących do programu przedsiębiorców, mimo że niezgodna ze stanem faktycznym ewaluacja wkurza inwestorów. Wydaje im się, że ktoś chce ich naciągnąć - bo jak może wycenić firmę wartą 70 koła na milion na podstawie pieciolętniej prognozy finansowej? Dragoni chcą wiedzieć, ile wyłożyło się kasy, jaki był zysk za rok ubiegły i aktualny, jaki stan posiadania (towar w magazynie, kasa w banku), kredyty, podział udziałów - i na podstawie tego inwestować zgodnie z realistyczną wyceną. Proste.

2. Znaj swoje liczby

To też często pojawiający się problem. Niektórych zjada stres, niektórym liczy program komputerowy ubogi w opcje. Ktoś, kto nie pamięta liczb z trzech lat wstecz i co najmniej na trzy do przodu, ma nikłe, jeśli nie zerowe, szanse na uzyskanie inwestycji. Bo jak dać komuś, jeśli nie wiadomo ile?

3. Przećwicz podchwytliwe pytania

Wynalazek, który powstał w przebłysku geniuszu, w Dragon's Den może zostać brutalnie wyśmiany (jak w polskiej wersji podpierak. Pęknąć można). Innowacyjne pojazdy, długopisy dopasowane rozmiarem do wieku (i zapewne wzrostu) dziecka, chipsy ekologiczne o smaku błota (przenośnia) nie dostały szansy. Z drugiej strony... Wiecie, że dragoni odrzucili kilka lat temu Tangle Teezer?

4. Uśmiechaj się

Dla rekinów finansjery liczą się (niby) tylko liczby, ale uśmiech pomaga. Zawsze choćby odrobinę.

5. Wyłóż wszystkie karty na stół

Nie ma nic gorszego, niż po kilkunastu minutach rozmowy napomknięcie o poszatkowanym torcie udziałów, wielotysięcznym kredycie czy drugim, stratnym, biznesie (o którym nie za bardzo chce się w dodatku rozmawiać). I jeśli patent, to nie "złożony wniosek patentowy", a list intencyjny to nie "wymiana interesownych e-maili". Informacje dodatkowe przekaż na początku, a dragoni docenią szczerość i, wierz mi, zaczną główkować, jak się odnaleźć w niewygodnej sytuacji, miast odrzucić Twoje przedsięwzięcie z marszu.

6. Miej wizję

I pasję. To widać, to przyciąga. Osoby z natury flegmatyczne muszą uważać na autoprezentację - czasem mogą sprawiać wrażenie niezainteresowanych tematem. Demonstracja pełna werwy, wibrujący optymizm i ten błysk w oku. To biznesowe jury lubi najbardziej. A american british dream ma szansę się spełnić.

Zainteresowałam Was trochę tym odstającym od reszty programem?

Dla mnie to mega-motywacja do robienia "czegoś więcej".
author
Berenika Kochan
Mieszkam na Zapipidopustkowiu. Chcecie wiedzieć, gdzie to jest? Poczytajcie i domyślcie się. Poza tym interesuję się światem: krajami, językami, zwyczajami i dogadywaniem się na polu międzynarodowym. Ciekawie tu, nie powiem.